Pan Złota Rączka i blizna jak order

Złoty Budda machał do mnie z wysoka. Byłbym mu zapewne odmachał, gdyby nie te jego przymrużone oczka i złośliwy uśmiech, który sprawiał, że podejrzewałem go o nieszczerość.

Poza tym ta jego kobieca rączka uniesiona, jakby chciał mnie zaraz pogłaskać przypomniała mi o tym, że wciąż jeszcze nie znalazłem tej męskiej, która zalepiłaby miejsce po Ewie (zob. Dziura wielkości Ewy).

– Zabierz pan tę rękę, panie Budda.

Ale on nalegał.

– A wsadź ją pan sobie…

– Co takiego? – zapytał Patrick, który siedział obok mnie na trawie i dłubał w bucie.

– Nic, nic – opamiętałem się. Najpierw Lenin i Czyngis, teraz Budda. Postanowiłem więcej nie gadać z posągami, a wsłuchać się w bliźnich. – O czym to my…?

– O poszukiwaniu męskości.

– Właśnie – powiedziałem, a Budda zabrał rączkę.

mongolia2010-32– Dziewięć lat byłem w wojsku. W siłach powietrznych. Latałem w tę i we w tę. Przez dziewięć lat. I wiesz co?

– Co?

– Figa. Myślałem, że tam mnie nauczą, że znajdę odpowiedź na pytanie, po co ja w ogóle żyję.

Budda uśmiechał się pobłażliwie.

– Figa, jedna wielka figa. Żyłem w złotej klatce. W złotej klatce, mój drogi.

Pewnego dnia, kiedy Patrick przebywał w garnizonie za kołem podbiegunowym i patrzył w rozgwieżdżone, czyste niebo doznał olśnienia. Kto choć raz zatrzymał się na chwilę i spojrzał okiem dziecka w cud stworzenia, jakie roztacza się nad nami każdego dnia, z pewnością wie, o czym mówię. Filozofowie starali się nadać temu imię „wzniosłości” lub „górności”. To uczucie, kiedy ludzki rozum poddaje się w obliczu czegoś na tyle pięknego i ogromnego, że przestaje dążyć do przejęcia kontroli i po prostu staje w niemym zachwycie. Dla tych kilku chwil poczucia własnej małości ludzie wspinają się na najwyższe góry świata albo zanurzają się w najgłębsze świata rejony. Wystarczy jednak spojrzeć w niebo, jakbyśmy widzieli je po raz pierwszy. Kiedy Patrick patrzył w polarne niebo, odczuł boleśnie swoją dziurę po Ewie. Nie mógł jej zakryć nawet mundur kanadyjskiego pilota. Skrzypiący śnieg i bezkresny granat nocy uświadomiły mu, że marnuje życie, choć przez lata udawał przed samym sobą, że jest inaczej.

W tamtej chwili Patrick poczuł wezwanie do podróży i choć nigdy nie rozpoznał w tym działania Boga, podążył za pragnieniem, rzucił służbę wojskową i ruszył w podróż dookoła świata, aby tą swoją tęsknotę zrozumieć.

– Dwa lata tułałem się po świecie. Pracowałem też dla Amnesty International w Egipcie, gdzie zajmowałem się zbieraniem pieniędzy na rzecz walki o prawa wyborcze kobiet. Potem jednak okazało się, że nie ma o co walczyć, bo one prawo takie mają, a fundusze służyły zgoła innym celom.

Ruszył więc dalej. Odwiedził wszystkie kontynenty, od Rio, przez Hawaje, Wietnam i Hongkong, po Maroko, ale to właśnie tutaj, w tym jednym z najbardziej zaniedbanych i najmniej atrakcyjnych zakątków świata zatrzymał się na dłużej. W kraju, który dopiero wchodził w epokę industrialną i w którym zima trwa zdecydowanie za długo; w mieście, w którym śnieg jest czarny, a noce – nawet w upalne lato – potrafią odmrozić uszy; w stolicy, która zamiast miejskimi murami otoczona była kordonem biedy.

Teraz, pod zmrużonym okiem Buddy i lufą sowieckiego czołgu postawionego na pamiątkę wiecznej przyjaźni między bratnimi narodami, Patrick wzdychał ciężko w poczuciu niespełnienia.

– Nie wiem, co ja tu robię. Uczę w szkole bogate, rozpuszczone dzieci angielskiego, a one się ze mną siłują, bo cierpią na kompleks Czyngisa.

– A czego się spodziewałeś?

– Nie wiem… Chciałem sobie coś udowodnić… Mój dziadek walczył podczas II Wojnie Światowej w szeregach Królewskiej Kanadyjskiej Marynarki Wojennej – wspomniał znienacka. – Kiedy jego okręt został storpedowany musiał salwować się skokiem do wody, bo nie starczyło dla niego miejsca w szalupie. Wiele godzin spędził w lodowatej wodzie, aż wreszcie zjawiła się łódź ratunkowa. Wyobraź sobie, że ratownicy go nie zauważyli i wpłynęli wprost na niego, pozostawiając mu na piersi wielką bliznę. Nosił ją dumnie jak medal.

Kiedy wypowiedział te słowa zrozumiałem nagle, za czym tak bardzo tęsknił, że opuścił swój rodzinny kraj. Patrick pragnął blizny, zewnętrznego znaku wewnętrznego uzdrowienia, zabliźnienia dziury po Ewie.

Po raz pierwszy od opuszczenia Warszawy tak mocno poczułem, że nie jestem sam.

– Jako kapitan dostał się w ręce Japończyków. Ci, jak tylko się dowiedzieli, że schwytali nie Brytyjczyka, ale mieszkańca Nowej Fundlandii, puścili go wolno. Po wojnie był inżynierem samoukiem. Sam zaprojektował elektrownię wiatrową… Nosiło go. Mój ojciec był podobny, ale kiedy umarła mama… on umarł razem z nią. Dwóch nas miał… Całe dnie spędzał w tartaku, a kiedy wracał do domu, kładł się spać. Ożenił się z inną kobietą po to tylko chyba, żeby… żeby nie musiał się nami zajmować.

Zastanawiam się, ilu dzisiaj jest takich ojców? Nieobecnych. Biernych. Pokonanych. Oswojonych z poczuciem jakieś wewnętrznej porażki. I przede wszystkim, obojętnych wobec życia. Kompletnie pozbawionych tej fascynacji, która chłopcom każe wspinać się na najwyższe drzewo, skakać do głębokiej wody i łapać robaki do słoików. Patrick nie mógł uzyskać od ojca potwierdzenia własnej męskości, wstąpił więc do armii w nadziei, że tam się zabliźni, że tam zrobią z niego mężczyznę. Zapewne liczył na przygody choćby w połowie tak fascynujące jak te, które przeżył jego dziadek.

Zamiast blizny na piersi, którą mógłby nosić z dumą, otrzymał wygodne i przewidywalne życie w kanadyjskim lotnictwie. W końcu odszedł z armii i przez dwa lata szukał siebie po całym świecie aż wylądował w Mongolii, gdzie walczył się z potomkami chanów, ale zamiast potwierdzenia własnej męskości, pogrążał się w coraz większym przeświadczeniu, że błądzi jak bezpański pies.

Złoty Budda tymczasem trzymał w górze swoją kobiecą dłoń, jakby groził, że za chwilę nas pogłaszcze, że nas wytarmosi, że nas wypieści po macoszemu i upupi… Teraz dopiero uświadomiłem sobie, że złota szata, w którą ubrano Buddę, jako żywo przypominała mi żółtą piżamkę Batmana (zob. Batman, bałwan i sanitariuszka).

– Nic z tego, Złociutki. Nie dam się spiżamić, tę rączkę swoją dziewczęcą zabierz, Złociuchny, i lufę sowiecką też, bo nas nie zastraszysz. Będziemy szukać męskiej dłoni, będziemy jej szukać aż znajdziemy, aż się zabliźni nasza dziura.

A Budda słuchał tylko i uśmiechał się jakby nie dowierzał, jakby wątpił, jakby naśmiewał się z tej naszej tęsknoty.

– Zobaczysz, panie Budda, jeszcze znajdę pana.

– Co takiego? – zapytał Patrick.

– Nic, nic – opamiętałem się. Miałem nie gadać z posągami. – O czym to my…?

– O poszukiwaniu męskości.

– Właśnie… właśnie…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *