Fajka Stalina

Genden Peldżidijn zaczynał swoją karierę jako kryminalista i koniokrad. Doskonale więc nadawał się na premiera bolszewickiej Mongolskiej Republiki Ludowej. Swego czasu miał powiedzieć:

– Na ziemi istnieje tylko dwóch prawdziwych geniuszy: Budda i Lenin.

Duet ów okazał się jednak nie do pogodzenia i kiedy Peldżidijn otrzymał rozkaz wymordowania stu tysięcy lamów celem wprowadzenia Mongolii w erę oświeconego ateizmu, musiał dokonać wyboru. Nie namyślał się przy tym zanadto.

W 1935 roku na przyjęciu w ambasadzie moskiewskiej Genden, w którego żyłach płynęła nie tylko krew Czyngis-chana, ale też całkiem spory promil alkoholu, wykrzyczał Stalinowi prosto w twarz:

– Ty cholerny Gruzinie!

Po czym połamał mu fajkę i kilka krzeseł. W tym akcie wandalizmu „lamaistycznego reakcjonisty” objawiłą się na jedną chwilę godność zdeptanego, zniszczonego i zmielonego ludu, który po dziś dzień wzdycha do utraconego dziedzictwa Wielkich Chanów.

mongolia-flaga-42374853Ułan Bator – stolica Mongolii, która swoją nazwę („czerwony bohater”) zyskała z chwilą przerobienia jej na sowiecką republikę – to jedna z najbrzydszych stolic świata. Te poplątanie sowieckiej architektury i nowoczesnych wieżowców wyrastających w zupełnie przypadkowych miejscach otacza szczelnie kordon dzielnic biedoty naciukanych jurtami, w których mieszka prawie 600 tysięcy ludzi.

Zima trwa tutaj aż pięć miesięcy i jest niezwykle surowa. Temperatura spada nawet do -30 stopni Celsjusza. Węgiel spalany w żelaznych piecykach powoduje, że stolica pokryta czarnym śniegiem chlubi się mianem jednego z najbardziej zanieczyszczonych miast świata. Dodatkowo na ulicach panują azjatyckie standardy, a to oznacza, że sygnalizacja świetlna stanowi wyłącznie dekorację, a ruch samochodowy regulować muszą policjanci.

Jednym słowem, miasto wygląda, jakby Mongołowie dopiero co je zajęli i byli w trakcie jego łupienia. Złupili również i mnie. Slumsy

Pół godziny po wyjściu z autokaru zrobiło mi się lżej o te kilka kilogramów, które jakiś dzielny chan wyciągnął mi z plecaka.

No cóż, Pan Bóg zawsze zadba o to, aby ulżyć tym, którzy biorą zbyt wiele. Pozostało mi więc wzruszyć ramionami, westchnąć i przyjąć to do wiadomości. Na dokładkę dziewczyna, która miała nas ugościć w ostatniej chwili zmieniła zdanie. Załamaliśmy ręce, bo z nikim nie szło się dogadać, ani po rosyjsku, ani po angielsku. Rzuciłem plecak na chodnik i wzniosłem oczy. Niebo nie czekało zbyt długo, aby zesłać nam ratunek. W pięć minut pojawiły się bowiem przy nas ciała niebieskie.

A to było tak:

– Ziomuś – usłyszałem niespodzianie polszczyznę nienaganną. Przeczyściłem ucho, ale wnet wpadły do niego kolejne zaskakujące słowa:

– Nie udawaj, że nie słyszysz.

Odwróciłem się i oniemiałem. Za mną stało tylko dwóch wyfasowanych po amerykańsku młodych Mongołów.

– Co słychać, ziomeczku?

Saran i Naran, czyli „Księżyc” i „Słońce” spadli nam – przepraszam za tanią metaforę – z nieba. Jeden urodził się w Warszawie i studiował w Ułan Bator, drugi urodził się w Ułan Bator i studiował w Warszawie. Jak widać Mongolia wciąż jest miejscem, gdzie Wschód spotyka się z Zachodem. Jakby na potwierdzenie tych słów do drugiego ucha wpadło ni z tego, ni z owego:

Yo, man!

Otoczyła nas nagle grupka młodocianych Mongołów w szerokich spodniach, obwieszonych złotymi kajdanami.

– Grasz na gitarze? My zespół. Post rock!

Tak oto pod nocnym, mongolskim niebem doszło do spotkania ze Słońcem, Księżycem i gwiazdkami. Pusty plecak jednak szybko sprowadził nas na ziemię, ukłoniliśmy się nisko i kulturalnie daliśmy dyla.

***

„Wielkie mi co” – napisał mongolski uczeń. Patrick, były pilot kanadyjskiej armii, który w szkole odpowiedzialny był za dyscyplinę, rzucił wściekle list na stół.

– Mam ich po dziurki w nosie.

„Skorzystałem z ubikacji dla nauczycieli, bo mnie przyszpiliło. Następnym razem pewnie zamkniecie mnie w więzieniu” – czytałem dalej.

– Zamiast napisać wypracowanie, w którym wytłumaczyłby, dlaczego postąpił niewłaściwie, wysmarował tę epistołę do dyrekcji.

– Rzucił ci wyzwanie.

– Ciągle to robią. Cierpi na kompleks Czyngis-chana. Jak oni wszyscy.

Do szkoły, w której pracował, uczęszczała młodzież z bogatszych domów. Chłopcy, którym wydawało się, że na ich barkach spoczywa honor chanatu, korzystali z każdej okazji, aby wykazać się źle pojętą odwagą. Obowiązkowa jest więc nienawiść do Chińczyków, którzy do XIII wieku pozostawali pod mongolskim trepem.

– Dlaczego tak ich nienawidzicie? – zapytał raz Patrick.

– Bo gwałcą nasze kobiety! – padłą odpowiedź.

– Czyngis-chan ma dziś szesnaście milionów swoich potomków. Czy mamy was za to wszystkich nienawidzić?

Klasa zamilkła. Popatrzyłem w twarze tych młodych, pogubionych ludzi.

Z jednej strony tęsknili za dawnym swoim imperium, które rozciągało się niegdyś od granic Rzeczypospolitej Obojga Narodów aż po Indie i Chiny. Rozpamiętywanie minionej potęgi dawało im jakieś złudne poczucie własnej wartości. Z drugiej strony smalili cholewki do imperium amerykańskiego, które poprzez telewizję sączyło swoją pseudo-kulturę. Upatrywanie wybawienia w pieniądzu i rzeczach materialnych dawało im – a jakże – jakieś złudne poczucie własnej wartości. Te dwa uczucia targające mongolską duszą dodatkowo podlane wojowniczym temperamentem, którego manifestacją była fajka Stalina połamana przez Gendena, zdały mi się mieszanką nie do przełknięcia.

Odcięty od swoich korzeni przez dziesięciolecia brutalnego bolszewizmu naród mongolski wciąż próbuje odnaleźć swoją tożsamość. A ja zastanawiałem się czy w tym mentalnym bigosie mógłbym odnaleźć swoją. Czy mógłbym zalepić swoją dziurę wielkości Ewy w kraju, w którym lepi się ją mrzonkami? Czy mógłbym na tym pustkowiu wartości odnaleźć wzór mężczyzny.

Mężczyzny, a nie chama.

Chana.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *