Pożegnanie z Rosją

Ściskając w ręku upragniony bilet do Ułan Bator i paszporty bez imigracyjnej karty, którą zgubili mongolscy urzędnicy, udaliśmy się na Plac Sowietów, na skos od ucha Lenina w kierunku opery, gdzie czekał już na nas autokar Wostok-Transu. Kierowca z wdziękiem przyrodzonym wszystkim ludziom sowieckim cisnął nasze walizki do bagażnika i z wielką troską wepchnął nas w maszinu.
Kiedy już się usadowiliśmy w przydzielonych fotelach, kierowca – wciąż wielce zatroskany o nasz los – wypchnął nas na zewnątrz i z niegasnącym wdziękiem wytaszczył nasze bagaże i cisnął je na ziemię. Na nasze pytania odpowiedział krótko:- Do drugiego, do drugiego.

Poczłapaliśmy więc raźno do drugiego autobusu. Jego kierowca przywitał nas równie uprzejmie, co poprzedni, z wdziękiem przyrodzonym wszystkim… i tak dalej. Usadowiliśmy się w przydzielonych fotelach, a z radia dobiegł nas rzewny głos Jurija Szatunowa:

Белые розы, белые розы – беззащитны шипы.
Что с ними сделал снег и морозы, лёд витрин голубых?

Biełyje rozy, biełyje rozy, biezzaszczitny szipy!
Szto s nimi sdiełał snieg i marozy, ljed witrin gałubych?

Białe róże, białe róże, bezbronne są kolce.
Co z nimi zrobiły śnieg i mrozy, lód witryn niebieskich?

Natychmiast przypomniałem sobie gdzie jestem. Uświadomiłem sobie też dokąd jadę i przełknąłem ślinę. Mongolia czekała. I choć nie mieliśmy kart imigracyjnych, a w uszach brzmiało słowo Gienodija: Straszno, miałem nadzieję, że uda nam się przekroczyć granicę. Był to wszak ostatni dzień naszej rosyjskiej wizy. Autobus obudził się z warkiem.
Buriacki Lenin nawet nie drgnął.- Z Panem Bogiem, panie Iljicz – powiedziałem.

A on aż brew uniósł.

biletbator– Kiedy jesteś młody, masz zdrowie i czas, ale nie masz pieniędzy – tłumaczył nam emeryt z Hongkongu. – Kiedy jesteś w średnim wieku masz zdrowie i pieniądze, ale nie masz czasu. A kiedy jesteś stary masz czas i pieniądze, ale nie masz zdrowia.

Bez pieniędzy można zjechać pół świata. Wiedzą o tym ci, którzy biorą udział w corocznych Rekolekcjach Autostopowych Piękne Stopy. Ich uczestnicy za każdym razem doświadczają niezwykłego działania Bożej Opatrzności (polecam świadectwo Gosi, które znaleźć można tutaj). Każda podróż stanowi niezwykłą okazję do tego, aby lepiej poznać Boga, Jego miłość i Jego działanie. Stając się bezradnymi, skazując się dobrowolnie na łaskę i niełaskę ludzi, dajemy jednocześnie pole do popisu samemu Najwyższemu. A On zawsze skwapliwie z tego korzysta, aby okazać nam swoją troskę.

Miałem się o tym przekonać jeszcze niejednokrotnie. Pozwólcie jednak, że zamieszczę w tym miejscu relację Gosi z jej autostopowej podróży:

G: Pamiętaj, by prosić Pana Boga konkretnie.
Ja: Jak to?
G: No, na przykład jak chcesz zjeść, to poproś nie tylko o jedzenie, ale też o to co byś chciała zjeść.

Oczywiście byłam ciekawa – ja jak to ja – czy to działa. A więc wychodzę w poniedziałek rano i mówię: Panie Boże, podobno tak działasz. Nie wiedziałam. Wiesz, jeśli mogę prosić o coś konkretnego, to chciałabym zjeść wuzetkę.

Zatrzymała się nam para ze Stalowej Woli. Jedziemy. Standardowe pytania. Nietypowe odpowiedzi. W pewnej chwili dziewczyna odwraca się i mówi: „Chcecie ciasto? Bo my wracamy właśnie z obchodów 25. rocznicy ślubu rodziców mojego chłopaka i przez trzy dni jedliśmy ciasta. Już nie możemy na nie patrzeć. Chcecie?”. Miała całe pudło ciast! Mało tego, w środku były torty! Z polewą, z wiórkami kokosowymi, z truskawkami, z kremem! Całe pudło domowych ciast! Nie, nie było wuzetek, ale te ostatnie to „pikuś” przy tym, co kryło się w środku i w jakich ilościach. Niesamowite! Dał mi więcej niż prosiłam. (źródło)

Upłynęło sporo wody w Wiśle, zanim nauczyłem się w ten sposób Bogu ufać. W drodze do Ułan Bator Wostok-Transem zdobyłem się jedynie na nieśmiałe:

– Panie Jezu, dzisiaj kończy nam się wiza, Mongołowie zgubili nam imigracyjne karty i jeśli będą robić nam problemy na granicy, to będzie to koniec podróży. Trochę to bez sensu wracać do domu po tygodniu w kajdankach nie sądzisz? Mieliśmy przecież nieco większe plany.

Cały czas przed oczami miałem twarz Gienodija i jego złowieszcze słowa:

Straszno, straszno.

– Weź mnie przepuść jakoś przez granicę, Panie Jezu. Wymyśl coś.

Na granicy w okienku przywitała mnie piękna Rosjanka w mundurze służb granicznych. „Przywitała” to może za dużo powiedziane, raczej: natknąłem się na nią. Zastałem ją na miejscu, o.

– Paszport – powiedziała bez cienia zainteresowania. Nawet nie raczyła na mnie spojrzeć, a ja nie mogłem oderwać od niej wzroku. Wpatrzony w jej słowiańskie rysy i warkocz jak splątana historia naszych dwóch narodów byłem gotów oddać jej i paszport i serce i duszę ułańską…

–  Imigracjonnaja karta – zarządała, a ja rozpuściłem się na tym jej rosyjskim języku jak kostka cukru.

–  Kocham panią – wyrwało mi się, durniowi. A może tylko westchnąłem?

Spojrzała na mnie, zdobywając z marszu Kreml mojego serca. Przepadłem w jej oczach, ale jej bolszewicka stanowczość szybko postawiła mnie do pionu.

Imigracjonnaja karta.

– A ta… No cóż, pagubili... – odparłem, wywieszając białą flagę bez walki.

Kak pagubili?

– A w mongolskiej ambasadzie – wyjaśniłem, oddając się w jasyr. – Kak wizu dziełali. Pagubili.

Machnęła warkoczem jak biczem Bożym.

Karty u was niet?

Niet.

I już miałem wystawić ręce i dać się zakuć w kajdanki uczuć, już oddać się chciałem jej wymiarowi sprawiedliwości, zostać tam gdzie stałem, jak ułan, pod okienkiem. Gotów byłem zamknąć się w tym paszporcie moim, który trzymała w dłoniach, dać się skazać na zesłanie, byle tylko tu na końcu świata, na ziemi niczyjej, w kleszczach między dwoma państwami, stać się jej niewolnikiem. Ona tymczasem…

…brew uniosła.

Jak Lenin.

Wyciągnęła z szuflady imigracyjną kartę, wypełniła dwoma machnięciami długopisu, włożyła ją do paszportu i odprawiła słowami… Bez słów właściwie. Bez jednego choćby najmarniejszego. Bez jednej bukwy.

Takie buty… To ja tyle palców obgryzłem, tyle się najadłem strachu, że mi bokiem wyszło, tyle mi żyłek popękało ze stresu, żeby ruchem awtoruczki jak sztyletem teraz mi serce przebiła i puściła w dalszą drogę?

Jak to tak? Bez imigracjonnej karty puściła? Bez papierów? Tak po prostu wypisała na miejscu? Tak łatwo dała mi odejść? Nawet nie zatrzymała mnie na chwilę, na przesłuchanie, na rozmowę? Piękna, młoda, chłodna, mundurowa, bezduszna Rosja.

Jeśli ufasz Panu i pozwalasz Mu się o siebie zatroszczyć, uważaj o co go prosisz. Bo On zawsze Cię wysłucha, o ile będzie to zgodne z Jego wolą. Jadąc do granicy modliłem się, żeby przepchnął mnie jakoś przez granicę, a kiedy uczynił to bez bólu, ja stanąłem okoniem. Ot, natura ludzka.

– Wszystko masz? – zapytała Dorotka.

Nie miałem. Rosyjska urzędniczka zabrała mi złudzenia. Ale paszport oddała.

– Tak – skłamałem. – Mam.

Westchnąłem i dodałem na pocieszenie swoją ulubioną, podróżną brednię:

– Niewskazane jest nie mieć wszystkiego.

Spojrzałem przed siebie w mongolską pustkę i podrapałem się po swojej dziurze wielkości Ewy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *