Lekcja zaufania w szkole dziedziców

Dom Polski „Nadzieja” prowadzony przez panią Marię Iwanowną i jej stowarzyszenie to szczególne miejsce. Od lat spotykają się tu kolejne pokolenia Polaków mieszkających w Buriacji. Na ścianie wiszą portrety Herberta, Jana Pawła II, Chopina, Matejki i Mickiewicza. W gablotkach stoją polskie książki. Tutaj dzieci uczą się języka polskiego, tutaj dorośli kultywują polskie tradycje. Dla niektórych Polska jest jedynie wyobrażeniem, dla innych rzewnym wspomnieniem, ale dla wszystkich jest obiektem dojmującej, nieutulonej tęsknoty.

ulan-39370Z dworca w Ułan-Ude odebrał nas Jewgienij, niezwykle gościnny potomek polskich zesłańców. Okazało się, że polski konsulat jest w sobotę zawarty na cztery spusty. Do końca rosyjskiej wizy zostały nam trzy dni i wszystko wskazywało na to, że swoją wielką podróż na koniec świata przyjdzie mi zakończyć w krainie Buriatów.

Nie po to jednak Pan Bóg wyciąga z fotela na pustkowia, żeby potem porzucać i pozbawiać nadziei. Nie po to też stawia na naszej drodze ludzi.

– Nic się nie martwcie – pocieszył nas Jewgienij. – Pójdziemy do biura podróży, w którym pracują moje znajome. Zobaczymy co da się zrobić.

Śliczne Buriatki, które siedziały za biurkiem i piłowały paznokcie, zmartwiły się na tyle poważnie, że odłożyły pilniczki.

– Trzy dni? – pytały, zaglądając nam w paszporty. – Trzeba będzie złożyć wnioski w trybie przyspieszonym.

Wytarłem spocone ręce w spodnie, otarłem czoło.

– Zdążymy?

Buriatka uśmiechnęła się.

Da, kanieczna. – Kamień spadł mi z serca. – To będzie cztery tysiące rubli za wizę, tysiąc za bilet do Ułan-Bator.

I tak lżejszy o ten kamień i pięć tysięcy rubli musiałem zawierzyć ambasadzie mongolskiej… Podróże uczą zaufania, ale biorąc pod uwagę profesjonalizm urzędników w ogóle, a mongolskich w szczególności, była to przede wszystkim lekcja zawierzenia Bożej Opatrzności.

***

Dom Polski „Nadzieja” znajdował się w zwykłym bloku mieszkalnym. Ciężkie, żelazne drzwi prowadzące na klatkę schodową z założenia miały być otwierane za pomocą dziecka sowieckiej myśli technicznej: domofonu. Problem w tym, że ktoś zapomniał domofonu zamontować. Ot, ciekawostka przyrodnicza: żeby dostać się do środka trzeba uciec się do dwóch staroświeckich, ale jakże skutecznych metod.

Sposób pierwszy: na kochanka. Podnosimy kamyk i rzucamy w odpowiednie okienko. Możemy też przyłożyć ręce do ust i zakrzyknąć: „Hania!”. Jeżeli Hania wyczekuje nas przy parapecie, zbiegnie radośnie na dół i otworzy drzwi od środka.

Imię można zmienić.

Sposób drugi: na ułana. Stajemy w rozkroku i pełną piersią śpiewamy: „Przybyli ułani pod okienko!”. Do skutku.

Dom Polski tętnił życiem. Przywitali nas Edyta i Bartek, młode małżeństwo ze Szczecina, którzy akurat wrócili z podróży po Mongolii… wraz ze swoimi synkami, pięcoletnim Marcinkiem i siedmioletnim Łukaszem.

Kto powiedział, że ślub i dzieci to piłka, mogiłka, kaplica i umarł w butach? Podróżować można całą rodziną, niekoniecznie all inclusive, niekoniecznie do Sopotu. Mongolskie stepy tylko czekają, wystarczy dźwignąć się od telewizora, przeżegnać, zaufać Bożej Opatrzności i spakować mandżur.

Rodzicielstwo to jest dopiero przygoda.

***

Dom Polski prowadzi serdeczna pani Maria Iwanowa prezes Narodowo-Kulturalnej Autonomii Polaków w Ułan-Ude.

– Potocznie mówimy o sobie Stowarzyszenie Polskiej Kultury „Nadzieja”. Nasza organizacja utworzona została w roku 1993, by zasiać w duszach młodych polskich potomków szacunek dla działań swych dziadów i pradziadów oraz wskrzesić tradycje narodowe polskiego narodu i wnieść do rodzin obrzędy i obyczaje narodowe. Chcieliśmy też dać wszystkich chętnym możliwość nauki języka polskiego, jak również zapoznać się z historią i kulturą naszej starej ojczyzny i powrotu do swych źródeł. (…) Już w roku 1994, otwarta została przy naszej Autonomii szkoła niedzielna języka polskiego, w której zajęcia odbywają się dziś w 10 grupach. Języka ojczystego uczą się u nas dzieci, młodzież i dorośli – od 10 do 75 roku życia. Język polski, jako fakultatywny, nauczany jest również na Państwowym Uniwersytecie Buriackim w Ułan Ude. (…) Od 5 już lat, na bazie naszej szkoły niedzielnej, realizowany jest projekt edukacyjno-kulturalno-turystyczny szkoła letnia kultury i języka polskiego nad Bajkałem „Bliżej Ojczyzny”, która zbiera i jednoczy młodzież polonijna z Ułan Ude, Tomska, Abakanu, Czity, kraju Krasnojarskiego i Chakasji, Irkucka i Sankt Petersburga. W naszym projekcie biorą również udział nauczyciele wolontariusze z Polski. (źródło: Gazeta Petersburska)

Stowarzyszenie dba również o to, aby pamięć o przeszłości nie uległa zatarciu.

– Z naszej też inicjatywy, w roku 2001, w pobliżu wsi Miszycha nad Bajkałem, odsłonięty został pomnik poświęcony pamięci uczestników polskiego powstania na trakcie krugobajkalskim, którzy zginęli tam w lipcu 1866 roku. Staramy się, by wszystkie ślady historii, w których brali udział nasi rodacy nie zostały zatarte i nie stały się ciemnymi plamami naszej przeszłości. Podążając tymi śladami, chcemy w dalszym ciągu torować ścieżkę pamięci i wzbogacać się na naszej ziemi dokonaniami naszych rodaków rzuconych tu przez los. Piszemy o tym wszystkim na łamach naszego pisma „Pierwsze kroki”, którego pierwszy numer ukazał się w roku 2000. Na przestrzeni kilku ostatnich lat wydaliśmy 6 tomów popularno-naukowego almanachu „Polacy w Buriacji”. Pozycja ta jest przygotowywana przez członków naszej Autonomii i adresowana do szerokiego kręgu czytelników. Piszemy w niej o przeszłości Syberii i ludziach, którzy tam trafili wbrew własnej woli i tworzyli jej historię. (ibid.)

W ciągu roku szkolnego do Domu Polskiego przyjeżdża nauczycielka z Polski, aby prowadzić zajęcia. Pewnego razu, jedna z nich zjawiła się tu z niemowlęciem na ręku – i to w srogą zimę. W Ułan-Ude spędziła bite pięć lat, poświęcając się nauczaniu kultury i języka polskiego. Ilu tak wspaniałych ludzi jest na świecie?

Bardzo wielu.

To cisi bohaterowie codzienności.

Nie mówi się o nich tyle, co o tych, którzy polską kulturę niszczą. Ale głupota zawsze miała lepszy pijar, a nierzadko i dofinansowanie z Ministerstwa Kultury. Przypominają sie słowa Jana Pawła II, który mówił:

Ojczyzna więc to jest dziedzictwo, a równocześnie jest to wynikający z tego dziedzictwa stan posiadania – w tym również ziemi, terytorium, ale jeszcze bardziej wartości i  treści duchowych, jakie składają się na kulturę danego narodu. (…) nawet wówczas, gdy Polaków pozbawiono terytorium, a naród został podzielony, dziedzictwo duchowe, czyli kultura przejęta od przodków, przetrwało w nich. Co więcej, wyjątkowo dynamicznie się rozwinęło. (Pamięć i tożsamość, s. 47)

Tożsamość nie jest przypadkowym zlepkiem, nigdy nie ukończonymi puzzlami jak głoszą piewcy postmodernizmu czy też modernizmu płynnego tacy jak Zygmunt Bauman. Tożsamość pozszywana z byle czego jest dobra jedynie dla byle jakich ludzi (zob. Dzieci Frankensteina), wiecznie eksperymentujących dzieci miotanych chwilowymi modami, niewolników wolności budujących dom na piasku.

Tożsamość to dziedzictwo, a co za tym idzie również odpowiedzialność za nie. Dziedzic nie może pozwolić sobie na fanaberie i niefrasobliwość. Dziedzic wiele otrzymuje, od dziedzica wiele też się wymaga. To co otrzymuje nie jest obciążeniem ani zbędnym balastem. Jest skarbem, z którego nieustannie może czerpać. Skarbem, który musi nieustannie pomnażać i którego nie wolno mu roztrwonić.

Dziedzic bowiem w przeciwieństwie do niewolników wolności ma cel, a jego życie ma sens, ponieważ zakorzenione w przeszłości ma widoki na przyszłość. Czerpiąc ze skarbnicy swej kultury i tożsamości, przekazuje ją kolejnym dziedzicom, stanowiąc pomost między pokoleniami. Dziedzic w przeciwieństwie do rewolucjonisty nie brzydzi się tym, co stare, nie odrzuca z niesmakiem tradycji i mądrości przodków, ale otacza to wszystko opieką i szacunkiem, przekazując swym następcom.

Bo dziedzic w przeciwieństwie do rewolucjonisty hołduje mądrości, a nie głupocie.

Bo dziedzic w przeciwieństwie do rewolucjonisty szanuje wartości, a nie zachcianki.

W tym przejawia się jego dojrzałość.

Westchnąłem tylko, przeglądając książki w biblioteczce stowarzyszenia. Westchnąłem tylko, patrząc na portrety naszych wielkich przodków wiszące na ścianie.Towarzyszyło mi mgliste uczucie, że nie muszę wcale jechać do Indii i Korei, aby odnaleźć to, czego szukam. Wystarczy sięgnąć do owej skarbnicy, którą przekazały nam pokolenia Polaków. Miałem niejasne przeczucie, że to czego poszukuję, tożsamości i Pana, który nadałby mi imię i potwierdził, że niczego mi nie brakuje, znajduje się tuż pod nosem.

O ironio, pod nosem buriackiego Lenina.

Pomyślałem sobie, pal sześć tę mongolską wizę. Może właśnie tutaj, w Ułan-Ude, zakończy się moja wyprawa, może właśnie tu znajdę to, co nada mi sens i pozwoli stać się prawdziwie dziedzicem, a skoro dziedzicem to i synem Pana.

– Udało się! – krzyknęła Dorotka. – Dostaliśmy wizy!

Hura, pomyślałem lekko rozczarowany.

– Ale zgubili nam kartę imigracyjną, którą dostaliśmy w Terespolu.

Przypomniał mi się białoruski pogranicznik, który groził nam palcem:

– Tylko nie zgubcie, jak zatrzyma was milicja, pokażcie.

Gienodyj, mąż pani Marii Iwanowej, pobladł, przełknął ślinę i szepnął tylko:- Straszno.

A ja odłożyłem Sienkiewicza na półkę, spojrzałem na krzyż i powiedziałem:

– Mam nadzieję, że wiecie co robicie.

Lekcja zaufania Opatrzności Bożej najwyraźniej jeszcze się nie skończyła.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *