Gra w Durnia

Podczas gdy Czita dzielnie pruła przez Syberię, życie w naszym wagonie toczyło się własnym torem, niekoniecznie do rytmu jednostajnego terkotu i stukotu. W ciągu kilku dni przeżywaliśmy wspólnie złości i miłości, smutki i radości, powitania i rozstania. I choć każdy poranek wyglądał podobnie, każdego wieczora kładłem się spać z poczuciem, że wiele się nauczyłem. Ludzie, z którymi dzieliłem ten niewielki kawałek przestrzeni przez tak krótki czas, uczyli mnie pokory, wyrozumiałości i miłości. Bo choć wiele nas dzieliło, wiele przepaści tak po ludzku nie do zasypania, to jednak wciąż na nowo uczyliśmy się przerzucać przez nie kładki, aby szukać tego, co nas łączy.

A wbrew pozorom to, co łączy silniejsze jest od tego, co nas dzieli.

– Gdyby nie Stalin – powiedział Sasza, wydychając papierosowy dym – to byście dzisiaj po niemiecku gadali. Tyle ci powiem.Spojrzałem na niego ze zdumieniem.

– Chyba nie mówisz poważnie? – spytałem.

– Jak najbardziej. To my żeśmy faszystów z Europy pognali. To myśmy was wyzwolili.

– Narzucając nam inny zbrodniczy system.

Sasza aż się zakrztusił.

– Co ty za brednie wygadujesz?!

– Kto cię uczył historii?! – zakrzyknął Ibrahim, który dosiadł się do nas stację wcześniej.

Rozmowy na temat przeszłości zupełnie nam nie szły i gdyby nie kobiety, które zaprzątnęły nam głowę na tyle, aby zmienić temat, wojna polsko-ruska niechybnie by wybuchła.

– Polskij pan! – krzyknęła Sonia, machając na mnie ręką. – Siadaj. Będę cię rysować.

Przeczesałem więc czuprynkę, nabrałem powietrza, wystawiłem pierś. Skoro miałem zostać uwieczniony na papierze, trzeba było jakoś wyglądać. Sztuka przecież jest darem Ducha Świętego i tak jak On uwzniośla ona rzeczywistość, przydaje jej szlachetnego rysu, wyciąga z otchłani upodlenia…

– Polskij pan, normalnie usiądź.

Spuściłem z siebie powietrze.

– Tylko bez socrealizmu, komsomołko jedna.

Sonia roześmiała się. Nic tak nie łączy ludzi jak śmiech.

ПётрWieczorem wpadł do nas półnagi, rozgrzany alkoholem do czerwoności Denis z Nowosybirska. Wyściskał nas z czułością, a potem dosiadł się do stolika, przy którym graliśmy w Durnia.

– A ty gdzie jedziesz, Denis?

– Jak to gdzie, Pietrucha? W tajgu! Na niedźwiedzia!

Po chwili wpadła do wagonu jego żona.- Denis! Wracaj do łóżka!

– Zaraz, kochanie, zaraz.

– Jesteś pijany!

– Ja pijany? Oj, przyjdę zaraz. My tu z Pietruchą w Duraka teraz rżniemy, no nie, Pietrucha?

Żona załamała ręce i usiadła obok. Jej oczy pełnie niepokoju i troski uprzytomniły mi coś nagle… Z jednej strony Denis przyjacielski człowiek, zmiękczony alkoholem, dla którego ważniejsze od zmartwienia swojej żony była dobra zabawa z kumplami. Z drugiej, schorowany Sasza rzężący od nadmiaru papierosów, dla którego jedyną pociechą w życiu jest sowiecka wersja przeszłości. Z jednej strony człowiek, który nad odpowiedzialność przedkładał beztroskę, z drugiej, człowiek, który odpowiedzialność przyjąć nie chciał, maskując rzeczywistość podsuwaną mitologią. Jeden zalepiał dziurę po Ewie (zob. Dziura wielkości Ewy) wizją bohaterskiego polowania na niedźwiedzia, drugi tęsknotą za bohaterskim polowaniem na faszystę.

Jednym słowem, obaj grali w „Durnia”.

Dotarło do mnie, że nasza kolej transsyberyjska to żaden pociąg życia, ale ciuchcia dla dzieci. Mogło nas dzielić wiele, kultura, przeszłość, język, mogliśmy się kłócić i spierać, mogliśmy się wściekać na siebie i rzucać sobie do gardeł, ale łączyło nas jedno…

Wszyscy graliśmy w „Durnia”.

Spojrzałem z podziwem w oczy zatroskanej żony Denisa i pomyślałem, ile też kobiety są w stanie dla nas znieść. Ileż cierpliwości ma dojrzała kobieta, ile jest zdolna wycierpieć, czekając na mężczyznę aż wreszcie przestanie się wydurniać i dorośnie. Ile jest gotowa ponieść trudów i upokorzeń, czekając na coś, co może nigdy nie nastąpić.

Spojrzałem w jej oczy z przerażeniem, bo jak w lustrze odbijał się w nich obraz nas, facetów. Nas, wiecznych dzieci tęskniących za bohaterstwem, uciekających od odpowiedzialności.

Nas, niedokończonych mężczyzn.

Może dlatego nie potrafiłem wczuć się w Duraka? Przez cały tydzień spędzony w naszej ciuchci nie nauczyłem się zasad. Nie po to przecież zerwałem z przeszłością, nie po to opuściłem domowe pielesze, żeby dalej rżnąć w Durnia, ale po to, by odnaleźć Pana, który nada mi imię i zalepi dziurę w duszy.

Spuściłem głowę i zaskomlałem jak bezpański pies. Moje poszukiwania mogły się zakończyć na tej ciuchci. Do końca rosyjskiej wizy zostały cztery dni, a ja tkwiłem w samym środku Federacji Rosyjskiej. W cztery dni minęliśmy pięć stref czasowych. Za nami i przed nami Syberia. Nawet gdybym chciał zawrócić, nie zdołałbym wytarabanić się przez granicę na czas.

W Irkucku przyszło nam się pożegnać z większością naszych przyjaciół. Mąż Maszy przyjechał po nią na dworzec, a mi i Dorotce przywiózł w prezencie butelkę wina.

– Witajcie w Rosji!

Nic tak nie łączy ludzi jak powitania.

Sonia z kolei popłakała się i podarowała mi mój własny portret.

– Polskij pan, nie zapomnij o mnie.

Mąż Maszy obiecał zabrać samochodem Sonię nad Bajkał, a nam spisał adres polskiego konsulatu w Ułan-Ude, gdzie moglibyśmy znaleźć pomoc w razie problemów z wizą. Ot, gdzieś pośrodku Syberii stworzyła się nam chwilowa rodzina. Każdy dbał o każdego, aby dotarł do celu.

– Piećka! – przypominał Sasza, puszczając w niepamięć niesnaski.

Nic tak nie łączy ludzi jak pożegnania.

– Musicie kiedy z Dorotką przyjechać do nas do Irkucka.

– Do was? A po co? Co tam u was jest?

– Jak to co? Ruska bania! Posiedzimy w saunie, a potem popływamy w przeręblu.

Zawiadowca gwizdnął, wskoczyłem do pociągu, trzymając w ręku powitalno-pożegnalne wino.

– Do zobaczenia, druzja! Do zobaczenia!

Wagon zrobił się nagle pusty. Za oknem zamiast rozległych stepów pojawił się dostojny Bajkał – okolony walącymi się chatkami, wielki jak morze. W jego toni topiliśmy swoje smutki.

PS. Niedawno otrzymałem wiadomość, że Sasza odszedł do domu Pana. Nie będzie już ani bani, ani przerębla. Nie będzie już kłótni o przeszłość, nie będzie wina domowej roboty ani sardynek. Sasza już nie zapali papierosa ani też nie opowie o śmierci swojej córki (zob. Pociąg do kieliszka). Nie zagramy już w Durnia.

Nic tak nie łączy ludzi jak śmierć.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *