Gliniane naczynia pełne skarbów

Święty Paweł, a raczej jego stara wersja – nieświęty Szaweł, kiedy objawił mu się Chrystus w pełni swej chwały przemienił się w jednej chwili z butnego, dumnego faryzeusza w bezradnego ślepca, który potrzebował pomocy innych, aby stanąć na nogi. Dopiero, kiedy doświadczył własną niemoc, własną słabiznę i kłamstwo w jakim żył, kłamstwo o własnej nieomylności i sile, Szaweł mógł wstąpić na drogę nawrócenia. Walter Kasper w swojej książce Rzeczywistość wiary pisze tak:

[Wiara to] poznanie własnej bezradności oraz ufność w działającą w Jezusie moc Bożą (s. 68).

Nic dziwnego, że tak niewiele osób żyje dziś wiarą. Przyznać się do własnej słabości to zbyt wiele dla zbyt wielu. Popkultura pompuje nieustannie nasze ego. Żyjemy dziś w świecie, który nieustannie wmawia nam jeden frazes: „Uwierz w siebie”. Uwierzyć w siebie? Wiara w coś zawsze zakłada brak pewności co do istnienia obiektu wiary. Czyżby więc współczesny człowiek wciąż musiał przekonywać sam siebie, że jest i że jest cokolwiek wart?

Człowiek prawdziwej wiary nie wierzy w siebie – on wie, że jest i że jest wartościowy, bo został stworzony przez Najwyższego z miłości i dla miłości. Człowiek prawdziwej wiary wie jednocześnie, że bez Bożej łaski jest ślepy. Dlatego wierzy. Wierzy nie w Chrystusa, ale wierzy Chrystusowi.

Wierzący nie oczekuje niczego od siebie samego, ale wszystkiego spodziewa się do Pana (Rozważania o wierze, ks Dajczer, s. 53).

Mój kolega jest alkoholikiem. Był nim od wczesnej młodości. Alkohol sprawiał, że był odważny, zabawny i towarzyski. Alkohol dodawał mu otuchy. Alkohol sprawiał, że nie odczuwał braku poczucia własnej wartości, który prześladował go na trzeźwo. Dziurę w duszy, której nie załatał jego Ojciec swoim słowem, zalewał więc hektolitrami wódki. Aby podbudować swoje zranione ego, zaczął brać sterydy i pakować na siłowni.

Już wkrótce mój znajomy stał się znany w całej okolicy. Bynajmniej nie z powodu swojej odwagi czy towarzyskości. Zaczął siać postrach. Kradł, bił, wszczynał burdy. Nie raz i nie dwa policjanci wynosili go z dyskotek, nie mogąc sobie z nim poradzić.

Potrafił wynosić z domu pieniądze i wpadać w cug trwający tygodniami. Pewnego razu obudził się pośrodku lasu z zakrwawioną koszulą. Nie wiedział gdzie jest. Szedł przed siebie, próbując odnaleźć drogę do domu aż trafił do leśniczówki. Stał tam samochód terenowy. Nie namyślając się długo wskoczył do środka. Gotów był tak po prostu go ukraść. Lata choroby alkoholowej sprawiły, że myślenie o konsekwencjach własnych czynów nie należały do jego mocnych stron. Na szczęście, w stacyjce nie było kluczyka, więc znajomy wpadł do domu, aby go przeszukać. Natknął się jednak na gospodarza, który… pozwolił mu wziąć prysznic, dał mu nową koszulę, a potem odwiózł do domu.

Ten akt miłosierdzia wprawił kolegę w zdumienie. Pogubiony w lesie swojego nałogu odnalazł drugiego człowieka, który go nie potępił. Ba, nawet nie zadawał mu pytań. Po prostu, podał mu rękę.

Jakiś czas później chłopak miał poważny wypadek. To był jego Damaszek. Chrystus objawił mu wówczas swoją miłość, a on w jej świetle ujrzał całe swoje życie takie jakie było w istocie: puste, grzeszne i prowadzące do nikąd. Tak jak Szaweł zrozumiał, że błądził. Dosiadał konia, który pędził nad urwisko. Pojął nagle, w jednej chwili, że tak naprawdę nad niczym nie panował, że nie był ani odważny, ani silny. Żaden z niego twardziel, ale dureń skończony.

To doświadczenie własnej słabości było jego wezwaniem do wiary.

Charles Peguy pisał:

„Spotyka się niewiarygodne światła łaski przenikające do duszy złej, a nawet zepsutej. Widzi się zbawionym tego, kto wydawał się być straconym, ale nigdy nie widziano przesiąkniętym tego, co zostało okryte lakierem, aby przepuszczało to, co jest nieprzemakalne, aby zostało zmiękczone to, co stwardniało” (Note conjointe sur M. Descartes et la philosophie cartesienne, 1 VIII 1914).

Łatwo Chrystusowi nawrócić tych, którzy z taką zaciekłością wyrządzają krzywdę sobie samym. Oni to pędzą na koniu, nad którym ledwo panują. Wystarczy ich wtedy pstryknąć, żeby upadli na ziemię i stanęli w prawdzie o własnej bezsilności.

Ale co z tymi nieprzemakalnymi? Z tymi, którym dobrze się wiedzie? Co z tym, którzy żyją sobie wygodnie i dostatnio? Co z tymi, którzy całe dnie spędzają przed telewizorem, zjadając razem z zupką wszystkie rozumy świata, ale nie żyją naprawdę? Co z tymi porządnymi, którym niczego nie brakuje? Nic ich nie trapi, nic ich nie boli, nic ich nie gnębi.

Na wszystko mają wytłumaczenie, na wszystko mają tabletkę. Tak pisze o nich ksiądz Dajczer:

Ponieważ nie brakuje im niczego, nie otrzymują więc nic. Nie mogą otrzymać tego, co jest wszystkim. Sama miłość Boga nie leczy tego, który nie ma ran (Rozważania o wierze, s. 55)

Do kogo przychodził Chrystus? Nie widziano go wśród bogaczy, polityków ani kapłanów. On nie przyszedł do tych „porządnych”, nieprzemakalnych. On przyszedł do chorych, cierpiących, zranionych i odrzuconych.

„«Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają” (Mt 9, 12).

Człowiek popada w cierpienie przez swój własny grzech i przez grzech innych ludzi. Ci nieprzemakalni, którzy żyją pod kloszem pozornie są pozbawieni trosk i cierpień, bo żyją z dala od ludzi i rzeczywistości. Wszyscy inni są narażeni na cierpienia.

Ale to właśnie one są dla nas kanałem łaski. To one odsłaniają przed nami prawdę o naszej słabości.

Twoja słabość sprawia, że przez wiarę może zamieszkać w tobie moc Boga. Bóg, zbliżając się do ciebie, musi uczynić cię słabszym, abyś Go potrzebował, byś wierząc i coraz bardziej Mu ufając w Nim szukał oparcia. Musi cię uniżyć, bo jesteś za duży, a zranienie uniża. (Rozważania o wierze, s. 55)

Nasza słabość tworzy przestrzeń dla Ducha Świętego i Jego mocy. Jeśli w cierpieniu znajdujemy w sobie dość wiary, aby Mu zawierzyć, jeśli odważymy się puścić lejce i spaść z konia, On wypełnia nas swoją mocą. Paradoksalnie więc im bardziej jesteśmy bezradni, tym mocniejsi jesteśmy w Panu. Oto, co mówi Paweł, który przeżył swój Damaszek:

Z tego więc będę się chlubił, a z siebie samego nie będę się chlubił, chyba że z moich słabości. Zresztą choćbym i chciał się chlubić, nie byłbym szaleńcem; powiedziałbym tylko prawdę. Powstrzymuję się jednak, aby mnie nikt nie oceniał ponad to, co widzi we mnie lub co ode mnie słyszy. Aby zaś nie wynosił mnie zbytnio ogrom objawień, dany mi został oścień dla ciała, wysłannik szatana, aby mnie policzkował – żebym się nie unosił pychą. Dlatego trzykrotnie prosiłem Pana, aby odszedł ode mnie, lecz [Pan] mi powiedział: «Wystarczy ci mojej łaski. Moc bowiem w słabości się doskonali». Najchętniej więc będę się chlubił z moich słabości, aby zamieszkała we mnie moc Chrystusa. Dlatego mam upodobanie w moich słabościach, w obelgach, w niedostatkach, w prześladowaniach, w uciskach z powodu Chrystusa. Albowiem ilekroć niedomagam, tylekroć jestem mocny. (2 Kor 12, 5-10).

To cudowne świadectwo zmagań św. Pawła z Bogiem. On, pyszny nad pysznymi, trzykrotnie błagał Pana, aby od niego odszedł. Błagał, bo Pan osłabia człowieka, wytrąca go z pychy i wysokiego mniemania o sobie. Nawrócony Paweł to ten, który godzi się z własną słabością, a wręcz chlubi się z niej, bo dzięki niej może w nim mieszkać Chrystus. Im mniej Pawła w Pawle, tym więcej w nim Ducha. I wszystko czego Paweł dokonał dokonało się przez Ducha. On sam doskonale o tym wie, a żeby czasem nie przyszło mu do głowy znów wskoczyć na konia miłości własnej „dany mu został oścień dla ciała”. Święty Paweł całe życie zmagał się z jakimś grzechem cielesnym, walczył z nim aż do krwi, jak sam wyznał. Jego grzech nieustannie przypominał mu, że sam, w pojedynkę jest bezsilny, że nie jest w stanie sam się zbawić jak chcieliby tego piewcy New Age.

W rzeczywistości bowiem nie ma twojej siły, ponieważ ona jest darem – darem, który ty sobie przywłaszczasz, dlatego musi ci być zabrany. (Rozważania o wierze, s. 56)

Człowiek nawrócony uświadamia sobie, że wszystko pochodzi od Boga, że wszystko jest darem, nie tylko życie i świat, ale również wszystkie nasze talenty, wszystkie nasze mocne strony, nasza odwaga, towarzyskość, dowcip. Jeśli człowiek uświadomi sobie to jak bardzo został obdarowany, zaczyna żyć zupełnie Nowym Życiem, którego fundamentem staje się wdzięczność i miłość.

Ten, kto tak hojnie nas obdarowuje, jest równie hojny w swej miłości. On pragnie wypełniać nasze słabości swoją mocą, pragnie nas obdarowywać. Im mniej posiadamy, tym więcej możemy przyjąć. Im słabsi jesteśmy, tym chętniej on nas umacnia. Pan Bóg, aby uczynić nas swoim znakiem dla innych potrzebuje naszej słabości.

Dlatego też, aby stanąć w prawdzie o sobie, niekiedy Bóg musi nas ogołocić z tego, co daje nam złudne wrażenie naszej potęgi. Czasami zabiera nam bliską osobę, która dawała nam poczucie bezpieczeństwa. Czasami dopuszcza chorobę. Czasami tylko pozwala nam budować swoje życie po swojemu. Tak było ze mną. Budowałem bez Boga i wbrew Bogu na piasku. Dopiero kiedy wszystko runęło, mogłem uświadomić sobie jak niewiele wiem, jak niewiele umiem, jak niewiele mogę. To był początek mojego nawrócenia.

Jeżeli w tej właśnie chwili cierpisz. Jeżeli masz jakiś ból, jakąś pretensję do Pana, spróbuj Mu zaufać. Być może On właśnie w tym momencie pragnie objawić Ci swoją miłość, być może wyciąga do Ciebie swoją dłoń. Daj mu się uratować. Krzyknij za świętym Piotrem:

– Panie, ratuj!

I pozwól Mu się wyciągnąć z topieli. Niech On się tym zajmie. Żeby narodzić się na nowo, trzeba zrzucić bagaż starego życia. Trzeba odrzucić to, co nas ściąga na dno.

Mój Ojciec kiedyś udzielił mi niezwykłej lekcji. Kiedy miałem kilka lat uwielbiałem jeździć na swoim żółtym rowerku. Miał on dodatkowe dwa kółeczka doczepione do tylnego koła, dzięki czemu nie było możliwości, aby się na nim wywrócić. Pewnego dnia wskoczyłem na rower, Ojciec coś tam przy nim majstrował, ale ja nie zważając na nic ruszyłem raźno przed siebie. Kiedy obejrzałem się do tyłu, zobaczyłem Ojca, który machał do mnie z uśmiechem na twarzy. W ręku trzymał śrubokręt, a małe kółka, które dawały mi złudne poczucie bezpieczeństwa leżały obok niego na ziemi.

Zorientowałem się wtedy, że jadę ledwie na dwóch kołach i padłem na ziemię. Zamiast jednak poryczeć się i rzucić z pretensjami na Tatę, wstałem otrzepałem się i ze zdumieniem spostrzegłem, że nie potrzebuję żadnych podpórek, aby móc jechać. Wskoczyłem więc na rower i kolejne dni spędziłem, delektując się tym nowym odkryciem, tym nowym uczuciem wolności.

Mój kochany Ojciec nie wiedział nawet, że zachował się wtedy jak Bóg Ojciec, nasz  Abba, który czasami odkręca nam podpórki, żebyśmy mogli pofrunąć. Pamiętacie historię Gedeona?

GedeonJego przeciwnik z armią 135 tysięcy żołnierzy szedł na jego wojsko liczące sobie ledwie 32 tysiące chłopa. Bóg jednak rozkazał Gedeonowi uczynić coś, co na ludzki rozum jest niepojęte.

Pan rzekł do Gedeona: «Zbyt liczny jest lud przy tobie, abym w jego ręce wydał Madianitów, gdyż Izrael mógłby przywłaszczyć sobie chwałę z pominięciem Mnie i mówić: „Moja ręka wybawiła mnie” (Sdz 7, 2).

Aby więc jego lud nie popadł czasem w pychę i nie przypisał sobie zwycięstwa, kazał Gedeonowi zmniejszyć liczbę wojowników do 10 tysięcy. Armia Gedeona była więc 13-krotnie mniejsza od oddziałów przeciwnika. Dla Pana to wciąż było jednak zbyt wiele. Poleca mu zredukować wojska do ledwie 300 osób. Gedeon przełknął ślinę, ale zaufał Panu i postąpił zgodnie z instrukcjami. W takim wypadku już tylko Bóg mógł zwyciężyć, nie Gedeon. Tak też się stało. Ufając Panu, Gedeon odniósł zwycięstwo, jakiego nie zna historia.

„Przechowujemy zaś ten skarb w naczyniach glinianych, aby z Boga była owa przeogromna moc, a nie z nas”. (Kor 2, 7)

Od Niego pochodzi moc, nie od nas. Jesteśmy tylko glinianymi naczyniami, do których Bóg pragnie wlać skarb, swojego Ducha. Ta historia nabiera w dzisiejszych czasach zupełnie nowego znaczenia. W chwili kiedy tysiące chrześcijan cierpią prześladowania w Iraku i Syrii, oni sami mówią, że ich wiara jeszcze nigdy nie była tak silna.

Nie bójmy się więc cierpienia, potraktujmy je jako dar i wezwanie do nawrócenia, do jeszcze silniejszego przylgnięcia do Chrystusa, który zwyciężył na Krzyżu, który sam jeden odniósł zwycięstwo nad siłami ciemności, zwycięstwo, jakiego nie zna historia.

635145788466114675PS. W 1581 200 husarów z roty Marcina Kazanowskiego przez siedem godzin broniło Mohylewa przed 30-tysięcznym wojskiem rosyjskim. Kiedy z odsieczą przybył oddział… 300 kawalerzystów, nieprzyjaciel uciekł gdzie pieprz rośnie. Komu przypiszemy dzisiaj to zwycięstwo?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *