Libański komandos, czyli jak święty wziął mnie w obroty

Boży posłańcy, którzy zjawiają się raz po raz w naszym życiu to jeden z największych darów od Najwyższego, specjalizującego się w łączeniu, swataniu i krzyżowaniu ludzkich losów. Niekiedy przyprowadza do nas ludzi, którzy wyciągają nas z opresji, innym razem kogoś, kto jednym zdaniem sprawia, że opadają nam łuski z oczu.

Ale czasami sięga po cięższy kaliber. Kiedy wierny słabo rokuje albo jest niezdarny wyjątkowo i nogi mu się plączą, Pan oddaje go pod opiekę swoich komandosów.

Komandosów potocznie zwanych świętymi.

Prognozy na mój rozwój duchowy musiał przedstawiać się wyjątkowo nieciekawie skoro Pan przysłał mi z pomocą oddział specjalny… z Bliskiego Wschodu.

A to było tak…

Nigdy o nim wcześniej nie słyszałem. O kraju, z którego pochodził, nie wiedziałem nic. Nie miałem nawet pojęcia, że mieszkają w nim jacyś chrześcijanie, a co dopiero święci.

Świętymi zresztą też się nie interesowałem.

Dla Pana jednak ignorancja człowieka nie stanowi żadnej przeszkody, a wręcz przeciwnie. On uwielbia dziewiecze tereny, On kocha pustkę, bo może ją wypełnić swoją obecnością, przepada za głupotą, bo może ją wypełnić swoją mądrością.

Niedługo po moim nawróceniu (o którym opowiem wkrótce), kiedy Pan obdarzył mnie łaską modlitwy, zupełnie niespodziewanie pojawił się w moim życiu święty Charbel. Był to pierwszy komandos z Libanu, który przyszedł, żeby wziąć mnie w obroty.

Zaczęło się niepozornie. Moi przyjaciele opowiadając mi o swoim nawróceniu, wspomnieli o księdzu Cieleckim, który namaszcza olejami świętego Charbela.

– Jakiego świętego? – spytałem.

Chwilę potem w moich rękach znalazła się książka z jakimś zakapturzonym brodaczem na okładce.CharbelPomyślałem sobie: „No spoko, jakiś tam dziadek”. Moi przyjaciele opowiedzieli mi o cudach, których dokonywał za życia i po śmierci, o cudach, których dokonał w ich życiu, o tym, że przez jego wstawiennictwo oni sami, a potem również ich córka zaczęli się nawracać.

Kiwałem głową tylko. Zawsze miałem problem ze świętymi. Bardzo ceniłem ich świadectwa życia, pokorę i szlachetne czyny, ale nie rozumiałem „obcowania świętych”. Formułki typu: „Święty Józefie módl się za nami” wypowiadałem z automatu, nie rozmyślając nad wielką tajemnicą sanctorum communio. Teraz wierzę, że Kościół to coś więcej niż wspólnota wierzących w doczesności, ale komunia żyjących, dusz czyśćcowych i świętych w niebie. Jeden Mistyczny Kościół w trzech odsłonach: pielgrzymujący, cierpiący, zwycięski. Jak pisał ksiądz Jacek Jan Pawłowicz:

Kościół w niebie (triumfujący) nieustannie modli się za żyjących jeszcze na ziemi. Ale również za tych, którzy są w czyśćcu. Ten układ krążenia łaski i zasług oraz solidarność wszystkich członków Kościoła nazywamy „świętych obcowaniem".

Z kolei ksiądz Zbigniew Sobolewski przypomina:

Święci przychodzą nam z pomocą, upraszając potrzebne łaski, towarzysząc w naszych małych i dużych zmaganiach. Są z nami, podnosząc nas niejednokrotnie na duchu. Święci są nam bardzo bliscy dlatego, że będąc blisko Jezusa, nie zapominają o nas, ale pragną, abyśmy i my trwali w komunii z Bogiem.

Święty Charbel miał mnie tej prawdy wiary dopiero nauczyć.

Książkę zabrałem ze sobą do Londynu, ale nawet nie rzuciłem na nią okiem. Rzuciłem ją na półkę i wszystko wskazywało na to, że będzie się tam kurzyć aż do dnia Sądu Ostatecznego. Charbel jednak nie odpuścił.

Tydzień później spotkałem się z proboszczem mojej parafii, człowiekiem niezwykłej wiary, charyzmy i mocy Bożej. Miałem z nim do obgadania „wielce ważne” sprawy. Jak to zwykle bywa ze świeżo nawróconymi, miałem mnóstwo pomysłów na ewangelizację w naszej parafii, a jeden lepszy od drugiego. O swoim pomyśle prowadzenia grup dla mężczyzn rozgadałem się szeroko, kreśląc niezwykłe wizje umacniania w wierze ojców i mężów. Ksiądz wysłuchał mnie z wielką uwagą, a potem powiedział:

– Panie Piotrze, czy to wyrasta z rzeczywistych potrzeb parafii, czy też może z pana potrzeby bycia liderem?

Zamknąłem gębę.

– Jeżeli jest w tym Duch Święty – tłumaczył dalej – to ludzie sami do pana przyjdą. A proszę mi powiedzieć, co u pana przyjaciółki?

Chodziło o naszą wspólną znajomą, która razem ze mną doznała nagłej łaski nawrócenia, ale potem równie szybko jej się odwróciło.

– Bez zmian.

Ksiądz wstał, wyszedł bez słowa. Wrócił po chwili i położył jakiś niewielki przedmiot na stoliku.

– Proszę to wziąć i przynieść z powrotem w następną niedzielę. Proszę się pomodlić za nią. Oczywiście, dla siebie też można łaski wyprosić.

– A co to jest?

– Relikwie świętego Charbela.

Przełknąłem ślinę. Dreszcze przeszły mi po plecach.

– Tego mnicha z…

– Z Libanu.

Pożegnałem się, świętego włożyłem do plecaka i wsiadłem na rower. W domu, w swoim niewielkim pokoju, położyłem Charbela na półce i rzuciłem się na kolana. Natychmiast też chwyciłem za książkę, która – mimo wszystko – nie zdążyła się pokryć kurzem i zacząłem czytać historię swojego niespodziewanego współlokatora.

Z wypiekami na twarzy odkryłem, że święty Charbel to jeden z najbardziej fascynujących, a jednocześnie najnudniejszych świętych w historii. Przy takim Ojcu Pio Charbel prezentuje się jak Frodo przy Gandalfie. No bo to ani stygmatów, ani cudów wielkich nie czynił, tylko siedział w eremie, modlił się i umartwiał. Nużyzna.

Urodził się w ubogiej górskiej wiosce Degakfra. Jako dziecko często modlił się samotnie w grocie, którą jego koledzy prześmiewczo nazywali „grotą świętego”. W wieku 23 lat wstąpił do klasztoru Matki Bożej Mayfouk. Kiedy w Dzień Wszystkich Świętych złożył śluby zakonne jego matka błagała o spotkanie z nim, ale on, zasłaniając się regułą, że zakonnikom nie wolno rozmawiać z kobietami powiedział:

– Zobaczymy się w Niebie.

Charbel oddał się Bogu całkowicie. Po wielu latach życia we wspólnocie zakonnej w Annai otrzymał zgodę na przeniesienie do eremu świętych Piotra i Pawła, gdzie poświęca się ascezie, milczeniu, modlitwie i postom, aby móc zjednoczyć się z Chrystusem. Pod habitem nieustannie nosił włosiennicę, jadał zaledwie jeden posiłek dziennie. Do każdej Eucharystii przygotowywał się starannie, a po mszy jeszcze przez dwie godziny trwał w dziękczynieniu.

Nie każdy jest powołany do takiego życia, ale każdy powołany jest do świętości. Kiedy Bóg wylał na mnie swoją miłość po raz pierwszy, wiedziałem, że w moim życiu są trzy sfery, które muszę uporządkować: modlitwa, pokora i czystość. Trzy sfery, które przez całe moje życie leżały odłogiem, dzięki Bożej łasce zrozumiałem, że są one niezbędne, stanowią tlen dla duszy, hormon szczęścia.

Zrozumiałem dlaczego Pan przysłał do mojego pokoju na londyńskim Stratfordzie właśnie Charbela. Giganta pokory, modlitwy i czystości. Zabawne są opowieści o tym jak święty libański uciekał przed kobietami aż wreszcie i one z wielkiego szacunku zaczęły chować się po krzakach, aby go uchronić przed pokusą, kiedy szedł drogą. Nieraz mówiłem sobie w duchu: „No bez przesady”, kiedy czytałem o niezwykłej pomysłowości Ojca Charbela w kwestii większego jeszcze umartwiania się i uczenia się pokory, ale wiedziałem jednocześnie, że właśnie takiego przyjaciela potrzebuję, takiego faceta, takiego wzoru do naśladowania.

Jedna historia z jego życia zapadła mi szczególnie w pamięci. Oto w pewnym miasteczku żył psychicznie chory człowiek, niebezpieczny dla siebie i otoczenia.

Kilku mężczyzn z wielkim trudem przywiozło go do klasztoru w Annai, lecz nie było w stanie wprowadzić go do kościoła, ponieważ opierał się im z nadludzką siłą. Wtedy zbliżył się do niego o. Charbel i rozkazał mu pójść za sobą oraz klęknąć przed tabernakulum. Człowiek ów uspokoił się i pokornie wykonał polecenia mnicha. Po modlitwie, zgodnie ze wschodnim zwyczajem, o. Charbel odczytał nad głową chorego fragment Ewangelii. Wtedy stał się cud: psychicznie chory mężczyzna odzyskał zdrowie.

Najwyraźniej i ja byłem takim niepokornym cielęciem, psychicznie chorym, skoro ojciec Charbel przyszedł do mnie, a ja zacząłem pokornie wykonywać jego polecenia. Zrozumiałem, że moje pomysły na „rozkręcenie” parafii rzeczywiście wyrastały z pychy. Zrozumiałem, że przede mną długa droga wzrastania i formacji.

Pod koniec nowenny zabrałem relikwie świętego Charbela i pojechałem do Glynde na pieszą wędrówkę po angielskich wzgórzach. Do plecaka włożyłem też krzyż i rozważania Drogi Krzyżowej. Dzień był piękny, wietrzny, zieleń soczysta, niebo błękitne, a ja nie miałem pojęcia jeszcze, że czeka mnie prawdziwa wędrówka po własnej duszy.

IMAG1256Zaczęło się od pól zaoranych, czekających na ziarno. Na te pola właśnie padło Słowo z rozważań:

„Marzenie o wyzwaniach pojawia się w sercu wielu ludzi. Może nawet jest doświadczeniem wszystkich. Żeby jednak za nim pójść, trzeba oderwać się od stada i wybrać samotność… Człowiek wielkich wyzwań na co dzień żyje małymi wyzwaniami. Wchodzi w nowe sytuacje, bierze na siebie większą odpowiedzialność, konfrontuje się ze swoimi słabościami. Ryzykuje. Na pewno ryzykuje, ponieważ nowe wyzwania, to nowe sytuacje i pytanie, czy mi się uda.

Trudno jest nam czasem opuścić rodzinne pielesze, swoją wioskę jak święty Charbel, aby podjąć wyzwanie i ruszyć na przygodę śladami Jezusa. Atakowani jesteśmy nieustannie pięknymi podobno hasłami Rewolucji Francuskiej: „Liberté, Égalité, Fraternité„, zapominając często, że pełne jej motto brzmiało „Liberté, Égalité, Fraternité, ou la Mort„, czyli „Wolność, równość, braterstwo albo śmierć”. Przy takiej propagandzie powszechnej miłości i przymusowej tolerancji dla wszystkiego i wszystkich, chrześcijanin a zwłaszcza katolik przeciskany jest przez formę liberalizmu. Konformizm to współczesny bożek religii fajno-katolickiej. Żeby odnaleźć Chrystusa trzeba jednak podjąć wyzwanie i wziąć krzyż.

Jezus na drodze krzyżowej… cały czas jest na granicy. To nie jest nasz „dobry Pan Jezusek”, jak niektórzy ośmielają się o Nim mówić. Jego los, to nieustające balansowanie na granicy życia i śmierci. Od początku, od chwili narodzin i presji Heroda. Jak w czasie postu na pustyni, czy w czasie próby zamachu na Niego w synagodze w Nazarecie. Wydaje się, że dopiero odkrycie, że Jezus żył na „granicy przyczepności”, że wciąż walczył o przetrwanie, pozwala Go bliżej poznać. Poznać prawdę o Nim. Chrześcijaństwo to nie jest religia poczucia bezpieczeństwa i Bożej ochronki.
Szedłem wciąż przed siebie, mając świętego Charbela za towarzysza. Szliśmy przez urokliwe miasteczka, a rozważania Drogi Krzyżowej wciąż nam towarzyszyły.
Chcesz dowiedzieć się kim jesteś, podejmij wyzwanie. Wejdź w świat, nad którym nie masz kontroli. Zaryzykuj, czyli uwolnij się od bezpiecznego i znanego ci świata. Jeśli chcesz poznać prawdę o sobie, zrób to. Jeśli zrobisz to raz, może czegoś się dowiesz. Jeśli zrobisz to wiele razy, będziesz bliżej prawdy.

Zacząłem wchodzić pod górę, nogi grzęzły mi w błotnistej glinie.

Nikt, nikt specjalny, wejdzie na górę przy ładnej pogodzie. Ktoś, kto jest Kimś, zdobędzie ją w każdych warunkach. Nikt wygra, jak mu się uda. Ktoś, kto jest Kimś, ma w sobie siłę, by wygrywać zawsze. Ktoś, kto jest Kimś, staje się człowiekiem. Nikt, miał na to szansę, ale ją zmarnował.

Usiadłem, żeby oskrobać buty z gliny, która utrudniała mi drogę, która sprawiała, że byłem ciężki i powolny. Tak jak grzech, który oblepia naszą duszę.

IMAG1355Życie bez zbyt trudnych wyzwań jest życiem utraconym. Tylko przekroczenie tej magicznej bariery utraty życia, daje nowe życie.

Do szczytu wzgórza było już niedaleko. Z butami lżejszymi o brud wszedłem wreszcie na górę. Uderzyło mnie ożywcze powietrze, oślepił blask słońca. W oddali zobaczyłem wody morskie, a wokół siebie zieloną trawę i pasące się owce. Oparłem się na kiju, który towarzyszył mi przez całą podróż i podziękowałem Panu za świętego Charbela, który mnie w to miejsce przyprowadził.

IMAG1421Jezus zmartwychwstały, to wciąż człowiek, lecz już inny. Zmartwychwstały. Człowiek wyzwań, to też człowiek, ale inny człowiek.Nazywamy go indywidual nością. Wyróżnia się tym, że nie tyle rzeczywistość wpływa na niego, ale on ma wpływ na rzeczywistość. Boli go jak wszystkich, ale mniej się tym martwi. Patrzy na świat w kategoriach szansy, a nie zagrożeń. Podejmuje wyzwania i robi wszystko, by wygrać. Myśli za siebie, za innych i myśli o lepszym świecie. Nie wygląda lepiej niż inni. Po prostu jest inny. Ma w sobie moc Zmartwychwstałego.

Tą niezwykłą wycieczką po angielskich wzgórzach święty Charbel nauczył mnie podejmować wyzwania, aby przemieniać siebie.

Ojciec Charbel wiedział, że najskuteczniejszym sposobem zmiany świata na lepsze jest najpierw zmiana samego siebie, czyli własne uświęcenie poprzez zjednoczenie się z Bogiem. To był główny cel jego zakonnego życia – pisał ksiądz Mieczysław Piotrowski TChr w magazynie „Miłujcie się”.

Nieustanne podejmowanie trudów i wyzwań, które zsyła nam Bóg jako szansę na wzrost, to droga do przemiany własnej duszy, a to z kolei wpływa na przemianę świata. To nie jest żadne „pozytywne myślenie” czy autosugestia, ale codzienny trud przełamywania własnych wątpliwych przyzwyczajeń. Łamiąc swoją własną pychę i egoizm możemy wyjść ze skorupy starego życia i wejść w nowe, aby dzielić się miłością.

Dzięki tym rekolekcjom ze świętym Charbelem nabrałem pewności, że Pan czuwa i że chce nas wyprowadzać ku światłości, bo Jemu zależy na swoich owcach. On chce uzdrawiać nasze zranienia, nasze lęki, nasze spojrzenie.

Nie robi tego jednak po to tylko, żeby nam było dobrze, żebyśmy mogli tak cudownie podleczeni wylegiwać się w łóżku i myśleć o sobie: „Taki jestem pobożny, taki ułożony, taki kochany przez Pana Boga, to sobie dalej taki będę”. Jezus jako człowiekiem był człowiekiem misji i wyzwania. Jego uczniowie – zgraja łobuzów, zdrajców i prostaczków – napełnieni Duchem Świętym podjęli wyzwanie i ruszyli w świat głosić Dobrą Nowinę. Nie mogli nie głosić tego, co widzieli.

Jezus leczy nas po to, żebyśmy mogli Mu służyć i nieść ludziom Ewangelię.

IMAG1432Święty Charbel od chwili swojej śmierci aż do dzisiaj mocą Bożą uzdrawia ciała i dusze. Do jego sanktuarium w Annaya nieustannie pielgrzymują ludzie wszystkich wyznań, ras i narodowości. Wielu z nich dostępuje cudownych łask.

Posłuchajcie opowieści o jednej z nich. W 1993 pięćdziesięciodziewięcioletnia Nouhad Al-Chami doznała lewostronnego całkowitego paraliżu i obstrukcji arterii szyjnej. Rokowania nie były najlepsze. W tej zupełnej bezradności, najstarszy syn Saad udał się z pielgrzymką do klasztoru w Annai, gdzie do dziś znajduje się grób świętego Charbela, aby za jego wstawiennictwem modlić się o uzdrowienie dla mamy. Po powrocie namaścił jej szyję cudownym olejkiem, który przez wiele, wiele lat wydzielał się litrami z ciała zmarłego świętego (jego ciało przez kilkadziesiąt lat aż do wyniesienia na ołtarze nie ulegało rozkładowi).

Nouhad w nocy miała przedziwny sen. Święty Charbel w towarzystwie innego zakonnika usiadł na jej łóżku i powiedział:

– Przyszedłem zoperować ci szyję.

Ona – jak to kobieta ze Wschodu – popukała się w głowę.

– Jak to tak? Bez narzędzi chirurgicznych?! Bez znieczulenia?

Ostatecznie jednak uległa. Charbel położył na jej szyi swoje ręce, poczuła ogromny ból. Kiedy było już po wszystkim drugi zakonnik pomógł jej usiąść, poprawił poduszkę i podał szklankę wody.

Tak po prostu. Kiedy Nouhad się obudziła, nie mogła wyjść ze zdumienia – była całkowicie zdrowa. Po obu stronach szyi dostrzegła dwie blizny o długości 12 centymetrów… ze szwami i nićmi chirurgicznymi. Kiedy mąż ją zobaczył zaczął krzyczeć, bo żona jego była cała we krwi.

Jeszcze tego samego dnia cała rodzina złożyła dziękczynienie w klasztorze w Annai, a zaraz potem udała się do Bejrutu, gdzie w szpitalu spotkali się z lekarzami, którzy ją leczyli. Ci nie mogli pojąć, jakim cudem doszło do uzdrowienia. Jak sami stwierdzili, nie widzieli też jeszcze tak perfekcyjnie założonych szwów.

Ta historia odbiła się szerokim echem w libańskich mediach. Ludzie zaczęli się zjeżdżać z całego kraju, aby na własne oczy przekonać się o cudzie. Charbel ponownie odwiedził Nouhad we śnie i powiedział:

– Zoperowałem cię, aby ludzie się nawracali, widząc, że zostałaś cudownie uzdrowiona. Wielu ludzi oddaliło się od Boga, przestali się modlić i żyje tak, jakby Bóg nie istniał. Proszę cię, abyś uczestniczyła we Mszy św. w klasztorze Annaya 22 dnia każdego miesiąca. Na pamiątkę twojego uzdrowienia, do końca ziemskiego życia, w każdy pierwszy piątek miesiąca oraz 22 dnia każdego miesiąca twoje pooperacyjne rany będą krwawić.

NouhadWiadomo, święty nie rzuca słów na wiatr. Od tamtej pory Nouhad odwiedza sanktuarium w wyznaczonym czasie, aby z rzeszą pielgrzymów brać udział we Mszy świętej, a rany jej krwawią obficie. Wiele jeszcze innych cudów zdziałał Charbel. Zakonnicy w klasztorze w Annai nie nadążają z wpisywaniem świadectw do księgi uzdrowień.

Nie o cuda jednak chodzi. Tak jak mówił sam Charbel, chodzi o to, aby ludzie się nawracali.

Główną misją św. Charbela było i jest uświadamienie ludziom, poprzez znaki i cuda, że Bóg istnieje, że czas naszego ziemskiego życia jest krótki i nie można go marnować, lecz trzeba go wykorzystać na dojrzewanie do miłości, bo w chwili naszej śmierci będzie się liczyła tylko miłość. („Miłujcie się” nr 2/2007)

Warto podjąć to wyzwanie, bo chrześcijaństwo to nie tanie hasełka rodem z Rewolucji Francuskiej podszyte liberalnym terrorem. Chrześcijaństwo to nie „dobry Pan Jezusek” i zadowolenie z własnej pobożności. Chrześcijaństwo to wyzwanie i największa przygoda krótkiego, ziemskiego życia, to współudział w Męce Chrystusa i Jego Zbawieniu.

„Jeśli kto chce pójść za Mną niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje!” (Mk 8, 34).

Nie oglądaj się za siebie, pozwól Mu się uzdrowić, a potem idź głosić Ewangelię i dzielić się miłością. W ostatecznym rozrachunku tylko ona się liczy.

PS. Zupełnie niedawno dołączyłem do Ruchu Czystych Serc. Kiedy otrzymałem od nich „zestaw startowy” wśród magazynów, modlitw i świętych obrazków znalazłem… wizerunek świętego Charbela. Byłem przekonany więc, że to właściwy krok. Dzisiaj, po zimowisku RCS-u jestem już o tym przekonany ŚWIĘCIE. Możecie być pewni, że jeśli święty albo święta (tak jak mój drugi libański komandos, o którym jeszcze opowiem) weźmie was pod opiekę, nie musicie się już o nic martwić. Poprowadzi was jak złoto.

Wystarczy się modlić i ufać.

Rozważania Drogi Krzyżowej pochodzą ze strony Ekstremalnej Drogi Krzyżowej.

1 myśl w temacie “Libański komandos, czyli jak święty wziął mnie w obroty

  1. Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
    Bardzo jestem wdzięczny za tę piękną relację o Twoim życiu, w które wkroczył św. Charbel. Pośród wielu cennych myśli pragnę odnieść się do tego, co napisałeś tak: „Do każdej Eucharystii przygotowywał się starannie, a po mszy jeszcze przez dwie godziny trwał w dziękczynieniu”.
    Muszę wyznać, że właśnie taka miłość św. Charbela fascynuje mnie od początku, jak o tym się dowiedziałem. O czym świadczy ta praktyka świętego? On wierzył, prawdziwie wierzył, że przyjmując Pana Jezusa – prawdziwego Boga Wcielonego – spotyka się z Nim tak, jak człowiek spotyka się z człowiekiem: fizycznie w tym samym miejscu. Charbel wierzył, że tak jak nikt z nas nie odchodzi od przyjaciela, który zawitał w progi naszego domu fizycznie, cieleśnie, tak samo należy (i warto!) postępować wobec Jezusa, najdroższego Przyjaciela, który prawdziwe cieleśnie przychodzi jako Człowiek, jako Bóg, który stał się Człowiekiem.
    Warto porównać tę świętą logikę św. z Libanu z powszechnym w naszych czasach zwyczajem opuszczania kościołów niemal natychmiast po zakończeniu Eucharystii. Przeglądając w Googlach strony z hasłem złożonym z dwu członów (drugi w cudzysłowie): Charbel „po Mszy” – z ogromnym żalem patrzę na zmarnowanie szansy nauczenia się od św. Charbela tej zbawiennej logiki miłości, logiki normalnego traktowania Jezusa – normalnego, tj. po ludzku przyjmowania Go, przychodzącego cieleśnie, fizycznie do każdej i każdego z nas. Dlaczego żal przepełnia moje serce? Wystarczy zobaczyć, co wyszukiwarka pokaże odnośnie tego, co się dzieje „po Mszy”… – także po tych Mszach św., związanych ze św. Charbelem. Popatrz: kto pamięta o zjednoczeniu w modlitwie z Jezusem, przyjętym w Komunii Świętej? A o czym zatem wierni i kapłani pamiętają wówczas? W najlepszym wypadku o modlitwie za wstawiennictwem św. z Libanu, o namaszczaniu olejem pochodzącym z grobowca świętego, o zaradzaniu troskom i problemom ciał i dusz wiernych za wstawiennictwem tego skutecznego cudotwórcy. Niby w porządku – troska o zbawienie dusz. Ale… czy w tym wszystkim nie zapominamy, że innego cudotwórcę przyjęliśmy – przyjęliśmy prawdziwie obecnego Jezusa, prawdziwego Boga, Tego, który jednym słowem swojej potęgi potrafi w oka mgnieniu zmienić cały świat… Nie wierzymy tak, jak naucza Kościół, nie wierzymy tak, jak wierzył za Kościołem św. Charbel… Po prostu nie wierzymy, ze w Komunii Świętej sam Pan Jezus przychodzi fizycznie do nas i chce z nami być, jak najdłużej być… Czyż nie warto naśladować św. Charbela właśnie w tym byciu z Panem? W tym eucharystycznym zjednoczeniu, nad które nie ma nic cenniejszego na świecie i w niebie… Czyż nie warto naśladować w tym i świętej Marii, siostry Łazarza, która wówczas, gdy Jezus fizycznie przybywał do jej rodzinnego domu, gdy On wchodził pod ich dach – siadała u Jego stóp i z uwagą wpatrywała się w Jego postać, wsłuchiwała w piękno Jego słów… Kontemplowała Boga Wcielonego… Oto szczyt mistyki: mając łaskę spotkania z Wcielonym Bogiem w Komunii Świętej, pozostawać na miłosnym byciu z Nim, odłożywszy na później wszelkie mniej czy bardziej pilne zajęcia, nawet te, które służą codzienności lub zbawieniu innych. Każdy z nas ma prawo do czasu spotkania się z Oblubieńcem, każdy z nas. Kościół głosi, ze takiego prawa intymnego przestawania ze sobą nie można odbierać małżonkom, ba, że oni sami nie mogą sobie tego prawa odmawiać – bo jako poślubieni sobie mają „tracić” czas na miłowanie się, na przestawanie ze sobą w szczególnej bliskości. Dzieci na tym nie ucierpią, a przeciwnie, zyskają, jeśli ich rodzice będą dawali sobie prawo do przebywania ze sobą sam na sam w głębokim zjednoczeniu małżeńskim. Podobnie nie ucierpią i nasze dzieci duchowe, jeśli w chwilach szczególnie uprzywilejowanych, jakie zaczynają się od chwili przyjścia Jezusa w Komunii Świętej, będziemy zawsze pozostawali na kontemplacji – czyli na miłosnym byciu z Nim i dla Niego… Oczywiście będą w życiu sytuacje, gdy trzeba będzie natychmiast po Eucharystii biec do bliźnich, ale… w normalnych okolicznościach właściwe planowanie dnia będzie zawsze gwarancją naszego miłosnego przestawania z Jezusem-Oblubieńcem w niezwykłym, bo sakramentalnym zjednoczeniu, nad które nie ma większego dobra w niebie i na ziemi…

    Zapraszam Ciebie też na stronę:
    https://www.adoracja.bielsko.opoka.org.pl/pasterz/Charbel.html

    Z Bogiem!

    Wojciech

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *