Sztuka słuchania część 2

Pamiętacie, jak mówiliśmy o tym, że trudno jest nam kogoś tak po prostu wysłuchać bez dodawania naszych „Ja miałem tak samo” czy „Doskonale cię rozumiem, ja na przykład…” albo bez udzielania błyskotliwych rad (zob. „Sztuka słuchania„)? O tym jak cholernie ważna jest sztuka zamknięcia na chwilę ust i wsłuchania się w Słowo Boże świadczy – jakżeby inaczej – Pismo Święte. Weźmy na warsztat pierwszego z brzegu, Zachariasza z Ewangelii Łukasza. Oto anioł Gabriel objawił się staruszkowi, a ten przestraszył się i upadł na ziemię.

– Nie bój się Zachariaszu! Twoja prośba… – Zachariusz uciekł z krzykiem, a anioł dokończył siłą rozpędu: – została wysłuchana…

Albo kawałek dalej. Anioł wszedł do Maryi i powiedział:

– Oto poczniesz i porodzisz syna, któremu nadasz imię Jezus.

– Sama nie wiem, myślałam raczej o Andrzeju albo Jakubie.

Trochę słabo. Pójdźmy jeszcze kawałek dalej. Niedaleko.

Przychodzi Maryja do Elżbiety, już chce ją pozdrowić, kiedy to gospodyni krzyczy do niej:

– Tylko buty wytrzyj, bo sprzątałam!

I tyle by z tego było. Ot, skończyłoby się na pogaduchach, niedopitej herbacie. Na szczęście, Elżbieta wsłuchała się w Maryjne pozdrowienie, dzięki czemu mógł zadziałać Bóg:

„«Oto, skoro głos Twego pozdrowienia zabrzmiał w moich uszach, poruszyło się z radości dzieciątko w moim łonie. Błogosławiona jesteś, któraś uwierzyła, że spełnią się słowa powiedziane Ci od Pana»” (Łk 1, 44-45).

Wyobrażacie sobie Maryję, która w tym właśnie momencie mówi:

– Ale jakie słowa?

Pismo Święte roi się od przykładów słuchania. Słuchania naprawdę.

Słowo nie mogłoby się wcielić, gdyby nie było nikogo, kto by zechciał Go wysłuchać. Ludzie do dziś składaliby ofiary Baalowi, gdyby Bóg nie objawił się przez zasłuchanego w Niego Mojżesza. Nikt nie poznałby Chrystusa, gdyby nie było komu wysłuchać proroków, którzy udawali się na pustynie, gdzie cicho, gdzie słychać Słowo Pana. I wreszcie, samo Zbawienie nie mogłoby się dokonać, gdyby Chrystus nie był wsłuchany w Ojca, ale też, gdyby Maryja nie słuchała Pana w pokorze, podobnie zresztą jak Józef.

No właśnie. Józef. Ten dopiero jest gigantem słuchania. Kiedy okazało się, że Maryja jest brzemienna, zamierzał ją oddalić po cichu. Chłop miał na tyle miłosierdzia, że nie robił niewiaście problemów, chciał rozwiązać sprawę polubownie, aby obyło się bez krzyku, skandalu i tragedii. Na szczęście niezawodny archanioł Gabriel przyszedł w porę, mówiąc:

Gdy powziął tę myśl, oto anioł Pański ukazał mu się we śnie i rzekł: „Józefie, synu Dawida, nie bój się wziąć do siebie Maryi, twej Małżonki; albowiem z Ducha Świętego jest to, co się w Niej poczęło”. (Mt 1, 20)

No dobrze, dobrze – powiecie – wszystko fajnie, ale Anioł Pański już tak chętnie nie przychodzi i nie mówi nam wprost, co mamy czynić. Ano nie, nie przychodzi. Po co ma przychodzić skoro Słowo Boga Najwyższego stało się ciałem i zamieszkało między nami? Po co jeszcze aniołowie i prorocy, skoro wszystko już zostało powiedziane?

„Przeto wiara rodzi się z tego, co się słyszy, tym zaś, co się słyszy, jest słowo Chrystusa.” (Rz 10, 17)

Takie buty. Bóg zszedł na ziemię, by przemówić do nas wprost, twarzą w twarz, a jak obiecał Jego Słowo nie przeminie. Nie są już potrzebni pośrednicy z nieba, skoro mamy świadectwa naszych braci i sióstr, którzy Go dotykali i słuchali. Pan w swoim cudownie zdumiewającym szaleństwie poszedł do prostaczków i uczynił z nich swoich świadków. Nawet prorocy nie dostąpili takiego zaszczytu. Nowy Testament to Słowa Najwyższego skierowane do każdego z nas. I uwierzcie mi, Ono żyje.

Jak więc przemawia do nas Słowo?

Z mocą. I wprost.

Ot, choćby dziś, podczas pisania tego wpisu, zerkam do liturgii dnia i co widzę?

„Już was nie nazywam sługami, bo sługa nie wie, co czyni pan jego, ale nazwałem was przyjaciółmi, albowiem oznajmiłem wam wszystko, co usłyszałem od Ojca mego.”

Na tym właściwie możnaby skończyć ten wpis. Syn Boży wsłuchany w swego Ojca, wsłuchany do końca oznajmił nam wszystko. Pytanie tylko czy my potrafimy tak być wsłuchani w Chrystusa jak On w Ojca? Czy wsłuchujemy się w Słowo Chrystusa, które rodzi wiarę? Czy rzeczywiście Go słuchamy, kiedy mówi, że nazwał nas swymi przyjaciółmi? A skoro Bóg jest naszym przyjacielem to z pewnością możemy na Niego liczyć w potrzebie, możemy liczyć na Jego rady i wsparcie, ale przede wszystkim możemy i powinniśmy z Nim rozmawiać jak najczęściej.

I zwracać się do Niego z naszymi wątpliwościami. Przykład?

Zaraz po kursie Nowe Życie w Ożarowie Mazowieckim, kursie, który istotnie dał mi nowe życie w Chrystusie (ale o tym kiedy indziej) zdarzyło się, że wylałem wodę na swojego laptopa. Komputer wysiadł i wszystko wskazywało na to, że czeka mnie co najmniej miesiąc unplugged.

– Panie Jezu, zabrałeś mi kompa, wygląda na to, że będę mieć wolne wieczory. Czym mam je wypełnić?

Zapytałem, pomodliłem się i otworzyłem Pismo Święte:

„Jam miłego mego i ku mnie zwraca się jego pożądanie. Pójdź, mój miły, powędrujemy w pola, nocujmy po wioskach! O świcie pospieszmy do winnic, zobaczyć, czy kwitnie winorośl, czy pączki otwarły się, czy w kwieciu są już granaty: tam ci dam miłość moją. ” (Pp 7, 11-12)

Czyż mógł Pan bardziej dosadnie wyznać mi swoją miłość? Swoją tęsknotę? Swoje pragnienie spędzenia ze mną tych wieczorów? Nie mogłem mu odmówić. Tego dnia zacząłem po raz pierwszy odmawiać Nowennę Pompejańską, modlitwę nie do odparcia, która wydawała mi się niemożliwa do odmówienia. Polega ona bowiem na odmawianiu wszystkich trzech (czterech w wersji dla zawodowców) części różańca każdego dnia przez… 54 dni. Już słyszę jak stukacie się w głowy. Nikt nie jest w stanie tego dokonać.

A jednak. Zachęta Boża przyniosła skutek. Jeszcze miesiąc wcześniej nie potrafiłem dokończyć choćby jednej części różańca, a dziś… jak to się mówi, cisnę Pompę po raz trzeci, Matka Boża Pompejańska towarzyszy mi już ponad 100 dni. Bóg poprzez swoje Słowo nauczył mnie modlitwy. A co to modlitwa? Ot, paciorek? Czy to takie ważne? Znów niezawodne Słowo przychodzi nam z pomocą w dzisiejszej liturgii (przypadek?):

„Będąc jeszcze młodym, zanim zacząłem podróżować, szukałem jawnie mądrości w modlitwie. U bram świątyni prosiłem o nią i aż do końca szukać jej będę. Z powodu [jej] kwiatów, jakby dojrzewającego winogrona, serce me w niej się rozradowało, noga moja wstąpiła na prostą drogę, od młodości mojej idę jej śladami” (Syr 51, 13-15)

Widzicie związek między dzisiejszym czytaniem, a fragmentem Pieśni nad Pieśniami, który zachęcił mnie do modlitwy?

O świcie pospieszmy do winnic, zobaczyć, czy kwitnie winorośl, czy pączki otwarły się…”

Z powodu [jej] kwiatów, jakby dojrzewającego winogrona, serce me w niej się rozradowało

O! Takie buty!

Niezawsze jednak Bóg przemawia tak uwodzicielsko. Czasem daje ostro po głowie. Jak to ojciec. Kiedyś wydawało mi się, że jestem gotów, aby poprowadzić w parafii w Londynie grupę formacyjną dla facetów. Zapytałem Pana, co o tym sądzi. Oto, co znalazłem w Piśmie:

„Jak pies do wymiotów powraca, tak głupi powtarza szaleństwa. Widziałeś takiego, co mądry w swych oczach? Więcej nadziei w głupim niż w takim”. (Prz 26, 11-12)

Takie buty!

Od razu człowiek nabiera pokory!

Ale Bóg zsyła również pocieszenie. Kiedyś bardzo silnie przeżyłem swój upadek w grzech. Poczułem się jak najgorsza łajza, jak Piotr, który trzykrotnie zaparł się Chrystusa, z czego dwukrotnie przed zwykłą sprzątaczką. Poryczałem się jak głupi, ale na szczęście Bóg zesłał łaskę – zamiast popaść w zwątpienie i smutek, sięgnąłem po Pismo Święte, chciałem posłuchać Jego Słowa. Wiecie, co powiedział?

„W swoim ucisku wołali do Pana, a On ich uwolnił od trwogi. Posłał swe słowo, aby ich uleczyć i wyrwać z zagłady ich życie” (Ps 107, 19-20).

W jednej chwili łzy smutku przemienił Pan w łzy radości. „Posłał swe słowo, aby ich uleczyć”…

Co można więcej powiedzieć? Nic, tylko słuchać.

Kilka miesięcy temu miałem małe trudności z rozeznaniem. Mieszkam na codzień w Londynie, ale koniecznie chciałem przylecieć do Polski na rekolekcje z ojcem Jamesem Manjackalem, na które zapraszali mnie moi przyjaciele. Problem polegał na taką eskapadę potrzebowałem co najmniej tygodnia urlopu, a to oznaczało, że do końca roku nie mógłbym już wziąć ani jednego dnia wolnego. W tym samym mniej więcej czasie rekolekcje w Toruniu prowadził ojciec Piotr Glas, ale szybko stwierdziłem, że jeśli już mam lecieć do kraju to albo na Manjackala, albo wcale. Poprosiłem wtedy o radę Jezusa.

Otwieram Pismo Święte na chybił trafił, a tam… oskarżenie narodów o okultyzm i oddawanie czci bożkom. Podrapałem się po głowie. Czyżby ten Manjackal był jakimś przebierańcem? Na zewnątrz pobożny ksiądz, a tak naprawdę okultysta? Obejrzałem kilka wywiadów z nim, ale nie mogłem się dopatrzyć żadnych budzących wątpliwości wypowiedzi.

– Panie Boże, sory, ale nie rozumiem. Przemów do mnie jeszcze raz.

Znów otworzyłem Biblię. Tym razem moje spojrzenie padło na fragment… oskarżenia kapłanów parających się magią. Coś nie tak z tym Manjackalem. Obejrzałem jeszcze kilka jego wystąpień, ale nie mogłem znaleźć ani jednego słowa, które budziłoby jakiś niepokój. Wprost przeciwnie. Ojciec Manjackal wydawał się niezwykle poprawny doktrynalnie, pokorny i oddany Matce Bożej. Tego zły raczej by nie zniósł.

– Wybacz, Jezu, ale głupi jestem jak but. Do mnie trzeba prosto z mostu.

Otworzyłem Pismo po raz trzeci.

„Przyszedłem rzucić ogień na ziemię i jakże bardzo pragnę, żeby on już zapłonął.” (Łk 12, 49)

Nagle, rozjaśniło mi się w głowie. „Gdzieś to już widziałem” – pomyślałem i zaraz też zajrzałem na stronę rekolekcji ojca Glasa w Toruniu. Na stronie głównej wielkimi zaś literami widniał napis: „Przyszedłem rzucić ogień na ziemię i jakże bardzo pragnę, żeby on już zapłonął”…Holyspirit

Natychmiast kupiłem bilet lotniczy, zaklepałem miejsce w hotelu i poleciałem do Torunia. Tam dowiedziałem się, że Pan przemawia nie tylko przez Pismo i słowa Chrystusa, ale również przez Bożych posłańców.

Przede wszystkim kapłanów.

W tamtym czasie jeszcze pewna wątpliwość drążyła moje serce. Jeszcze miesiąc wcześniej planowałem z kolegą podróż autostopem do Izraela przez Chiny i Indie. Na tydzień przed wylotem do Torunia okazało się jednak, że mój towarzysz podróży nie będzie mógł wziąć w niej udziału ze względu na studia. Zostałem więc sam. Ogarnął mnie lęk przed podjęciem takiego wyzwania w pojedynkę. Krok po kroku zacząłem się wycofywać z tego pomysłu i – jak to facet – znajdować setki wymówek, żeby usprawiedliwić się sam przed sobą z tchórzostwa.

Na pierwszej konferencji ksiądz Piotr Glas powiedział takie słowa:

– Był taki czas, że siedziałem w tej Anglii i nie wiedziałem co ze sobą zrobić.

Poruszyłem się niespokojnie.

– Wtedy usłyszałem głos: „Piotrze, jedź do Ziemi Świętej”.

Zalałem się potem.

– „Jedź sam. Jedź sam do Ziemi Świętej”.

Przełknąłem ślinę, udając, że nic nie słyszałem. Tak oto Duch Święty, stosując się do mojej prośby („Do mnie trzeba prosto z mostu, bo głupi jestem jak but”) ustami kapłana powiedział mi wprost, co sądzi o moim pomyśle.

No i cóż. Mam nadzieję, że kolejne Boże Narodzenie spędzę już w Ziemi Świętej.

I bynajmniej nie będę sam.

Nie tylko kapłani mogą być narzędziami Ducha Świętego. Andrzej z trzeciego zakonu franciszkanów przyjechał do Londynu, aby podczas rekolekcji adwentowych dać świadectwo swojego uzdrowienia. Po mszy, kiedy byłem z nim sam na sam w zakrystii, przyszedł do nas pewien młody chłopak i poprosił, aby się nad nim pomodlić. Zamknąłem drzwi, pomodliliśmy się nad nim wspólnie, a na koniec Andrzej obrócił chłopaka w moją stronę i powiedział:

– Zaopiekuj się nim.

Niewiele sobie z tego robiłem przez kolejne miesiące. Aż wreszcie, dosłownie kilka tygodni temu, dostrzegłem go stojącego przed kościołem jak czekał na mszę.

I tu pojawia się jeszcze jeden sposób w jaki przemawia do nas Pan – poprzez przynaglenia Ducha Świętego. Nie wiem skąd, ale byłem przekonany tego dnia, że nadszedł moment wypełnienia prośby jaką skierował do mnie Andrzej. Przez całą mszę nie mogłęm odpędzić się od jednej myśli: „Zaproponuję chłopakowi, żeby służył do ołtarza”.

Kiedy po mszy zszedłem do zakrystii, kościelny powiedział:

– Masz pozdrowienia od Andrzeja.

– Kogo?

– Andrzeja, który był u nas na rekolekcjach adwentowych. Wspominał o tobie w mejlu.

– Acha.

Ot, Boży wysłannik potwierdził przynaglenie serca. Kiedy wyszedłem na ołtarz by zgasić świece, chłopak oddany mi w opiekę podszedł i zagadnął mnie o jakąś błahostkę. Wypaliłem od razu:

– Nie chcesz służyć do mszy?

Spojrzał na mnie, oczy jak zapałki.

– To nie może być przypadek.

Roześmiałem się, poklepałem go po plecach.

– Nie, uwierz mi, to na pewno nie jest przypadek.

Jak się okazało, Michał, bo tak ma na imię, już od miesięcy nosił się z zamiarem służenia do ołtarza. I wiecie co? Za tydzień zaczynamy trening. Przywiozłem mu w prezencie z Polski jeszcze ciepłą komżę.

W kwietniu wracam do Ojczyzny już na stałe, a jako że jestem jedynym ministrantem w mojej parafii, zastanawiałem się, kto mógłby mnie zastąpić. Zapomniałem tylko zwrócić się ze swoimi wątpliwościami do kogoś, kto już od dawna szykował mojego następcę. On sam musiał do mnie przemówić, żeby otworzyć mi oczy.

Kto ma uszy do słuchania niechaj słucha – przypomina wielokrotnie Jezus. Jeżeli jesteście głupi jak i ja, wsłuchajcie się w tego, który jest Mądrością i ufajcie Jego Słowu. Bo jak przypomina dzisiejsze (przypadek?) czytanie z księgi Syracha:

„Nakłoniłem tylko trochę ucha mego, a już ją [mądrość] otrzymałem i znalazłem dla siebie rozległą wiedzę. Postąpiłem w niej, a Temu, który mi dał mądrość, chcę oddać cześć. Postanowiłem bowiem wprowadzić ją w czyn, zapłonąłem gorliwością o dobro i nie doznałem wstydu” (Syr. 51, 16-18).

Zdecydowanie lepiej płonąć gorliwością o dobro niż spalać się ze wstydu. On przyszedł wszak rzucić ogień na ziemię. Niech więc zapłoną nasze serca.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *