Pociąg do kieliszka, czyli kolej na Syberię

Otworzyłem paszport i serce utkwiło mi w przełyku. 27 sierpnia, po siedmiu dniach podróży koleją transsyberyjską mieliśmy dotrzeć do Ułan-Ude, stolicy Republiki Buriackiej, tuż nad granicę z Mongolią. Trzy dni później kończyła nam się wiza rosyjska, a mongolską chcieliśmy wyrobić sobie na miejscu.

Jewgienij, potomek polskich zesłańców, który zgodził się przyjąć nas w Buriacji, pospieszył z zapewnieniem, że wizy mongolskiej na granicy wyrobić się nie da. Wszystko wskazywało więc na to, że całą swoją wielką wyprawę po męskość będę mógł oddać pogranicznikom razem z paszportem.

Zamiast sowieciarzom jednak powierzyłem swoją podróż Bogu. A On jak zwykle wszystkim się zajał.

Na Dworzec Jarosławski zajechał pociąg z napisem „Czita”, czyli „gepard”. Nazwa – jak to u Rosjan – zupełnie nieprzystawalna do rzeczywistości. Ciężka i ospała, dyszała ciężko stojąc na peronie. Podbiegłem do swojego wagonu. Przywitał nas jego zawiadowca, sympatyczny Azer z fryzurą na czeskiego piłkarza – krótko z przodu, długo z tyłu.
– Czita? – upewniłem się.
Da. Rakieta – odparł.

Roześmialiśmy się. Nie miałem już wątpliwości, że to był mój pociąg.

Kolej transsyberyjskaWybaczcie mi banalną metaforę, ale lubię patrzeć na życie jak na pociąg.

Przychodzimy na ten świat z biletem w jedną stronę, przydzielone nam zostają miejsca w wagonach, a nawet jeśli w trakcie jazdy zmienimy sobie przedział, nie mamy do końca wpływu na to, z kim przyjdzie nam spędzić resztę podróży. Czy będzie to dziad śmierdzący czy kobita, której nie zamykają się usta? Czy luj jakiś, czy baletmistrz?

Z tego powodu niektórzy wolą zapłacić więcej i zamknąć się w lepszych wagonach, inni izolują się w pierwszej klasie, gdzie mają do dyspozycji własną łazienkę i telewizor. Nie muszą wtedy znosić obecności innych. Ale czy taka podróż warta jest ceny biletu?

Im większy luksus, im bardziej dbamy o własną wygodę, tym mniej ludzi wokół nas. Nie naprzykrzają nam się z niechcianymi rozmowami, ze swoimi nieogolonymi twarzami, nie trzeba nam ich wąchać, dotykać, patrzeć na nich. Jednocześnie jednak stajemy się ubożsi o tę właśnie ich przykrą obecność, która jest w stanie nas przemieniać. Naszym towarzyszem staje się wyłącznie przepastna, niezmierzona… pustka, która roztacza się za oknem. Ogromne, dzikie stepy, które zachwycają swym pięknem, ale tylko przez szybę. Gdyby przyszło nam postawić na nich nogę, nie przeżylibyśmy nocy.

Dlatego zawsze ceniłem sobie najtańsze bilety. Właśnie tam, gdzie nie ma prywatności, gdzie nie można odizolować się od innych, gdzie z bliźnim staje się twarzą w twarz. Bóg stawia przed nami człowieka w całym jego ubóstwie, brudzie i smrodzie, ociekającego potem i problemami dnia codziennego. Stawia przed nami człowieka z całym jego pięknem, dobrem i pragnieniem dzielenia się miłością.

Jednym słowem, stawia nas twarzą w twarz z drugą osobą z całą jej przepastnością i niezmierzonością. Uwierzcie mi, przy takim stepie, ten za oknem traci na atrakcyjności.

– Siadaj Piećka – zakrzyknął Saszka po czym spod siedzenia wyciągnął wino domowej roboty.

O ile w wagonach z prywatnymi przedziałami panowała straszliwa cisza samotnego turkotu kół, o tyle w naszym niepodzielnie królowały wesołe rozmowy przerywane co chwila salwami śmiechu. Był tam Sasza cukiernik, który wracał do swojego domu w Irkucku; jego syn Denis – lekko upośledzony, sympatyczny olbrzym; Nikitka student, którego robił za tłumacza, ilekroć nie stało nam rosyjskiego; Nikolaj kierowca buldożera i jego wyszczekany synek Maksim; piękna Miszka ze swoim synkiem i Sonia, artystka, która jechała nad Bajkał rysować z natury; był wreszcie paputczik zwany Rodnojem („Rodzonym”), który każdego nazywał bratem.

– Moi dziadkowie pochodzili z Polski. Dawno temu przyjechali na Syberię – opowiadał.

– Zostali przywiezieni – poprawiłem.

Uśmiechnął się tylko i zmienił temat, pokazując mi swoje dłonie. Na jednej wytatuował sobie napis NIKE; na drugiej RODNOJ. Skóra jednak przy „rod” była wypalona. Zapytałem go o to, ale on schował tę tajemnicę głęboko w oczach, w których roztaczał się step jego duszy.

– A dlaczego NIKE?

–  A bo to fajne buty.

Takie buty!

Do naszej paczki wkrótce dołączył Ibrahim z Uzbekistanu, który dorabiał sobie jako taksówkarz. Po roku pracy, wracał do Omska do żony i dzieci, z zamiarem otwarcia sklepiku. W młodości był bokserem, ale jego marzenia o sportowej karierze realizuje syn.

O swojej rodzinie opowiadał z taką czułością, że po chwili wszyscy zaczęliśmy dzielić się opowieściami o naszych bliskich.

Nasze łzy wzruszenia i tęsknot osładzało wino, które Sasza raz po raz wyciągał spod siedzenia.

– Moja najstarsza córeńka – powiedział z ciężkim sercem – zabiła się w zeszłym roku. Udusiła się spalinami…

Szybko jednak otarł łzę i wyciągnął fotografię młodszej doczki.

– Irinka zdobyła czarny pas w sambo!

Tego dnia polało się więcej łez niż alkoholu.

Czasem nie mówimy najbliższym tego, czym dzielimy się z ledwo co poznanymi osobami, które spotykamy podczas podróży. Być może to świadomość, że nigdy więcej się nie spotkamy rozplątuje języki. Być może świadomość ulotności chwili. W pociągu każdy doskonale wie, że za moment przyjdzie się pożegnać, a to sprzyja szczerości. W codziennym życiu zapominamy często, że jesteśmy tu jedynie tymczasem. Mościmy sobie bezpieczne gniazdka, jakbyśmy mieli w nich zostać już na zawsze. Kiedy jest nam wygodnie nie szukamy ani człowieka, ani Boga. Ten pierwszy jedynie psuje nam komfort, ten drugi nie jest nam do niczego potrzebny. Wreszcie dochodzimy do wniosku, że ani jednego, ani drugiego nie ma.

I mamy rację: nie ma.

Nie ma ich w tych złotych klatkach, w których się zamykamy. Tak jak mucha uwięziona w brązowym słoju pełnym miodu. Zajada się nim, klepie po brzuchu i dochodzi do wniosku, że życie jest słodkie, tylko takie monochromatyczne.

Monochromolone, ot co.

Tymczasem prawdziwe życie jest poza tym przeklętym słoikiem, życie pełne smutków i radości, wzlotów i upadków, przekleństw i błogosławieństw. Życie pełną piersią, niekoniecznie o smaku miodu. Życie, którego doświadczać możemy sami, ale przede wszystkim w innych ludziach i poprzez nich.

Człowiek podczas dalekiej wędrówki swoje miejsce ma tam, dokąd zajdzie, dlatego też dopuszcza do siebie każdego, kogo spotka na swej drodze, bo też każdego potrzebuje. Nagle, zauważa, że wokół niego pełno dobrych ludzi, w których objawia się Bóg.

A wtedy nie pozostaje nic innego jak wychylić kieliszek wódki wraz z innymi i zagryźć marynowanym pomidorkiem.

– Za życie! – wzniósł toast Sasza.

– Za życie! – odpowiedzieliśmy, unosząc kieliszki.

A step za oknem nikogo nie interesował.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *