Na co komu taki bubel jak Abel?

„Największą chorobą naszych czasów nie jest trąd czy gruźlica, lecz raczej doświadczenie tego, że się jest nie chcianym, porzuconym, zdradzonym przez wszystkich. Największym złem jest brak miłości i miłosierdzia, okrutna obojętność wobec bliźniego, który wyrzucony został przez margines życia w skutek wyzysku, nędzy, choroby”.

Te słowa Matki Teresy idą na przekór światu, który hołduje zdrowiu, sile i przyjemności. Nie ma w nim zbyt wiele miejsca na słabość i poświęcenie. Zepsuła ci się lodówka? Kup nową. Babcia z demencją staje się ciężarem? Zamknij ją w domu starców. Dziecko w twoim łonie jest niepełnosprawne? Dokonaj aborcji. Zajdziesz w ciążę na pijackiej imprezie? Weź pigułkę.

Świat daje natychmiastowe i drastyczne środki „chroniące” nas przed odpowiedzialnością i prawdziwą miłością, która – jak mówiła Matka Teresa – musi kosztować. Świat pokazuje drogę na skróty, która jednak prowadzi na manowce, a nie do pełni człowieczeństwa.

11 lutego w dzień wspominania pierwszego objawienia w Lourdes obchodziliśmy Światowy Dzień Chorego ustanowiony w 1992 roku przez papieża Jana Pawła II. Z lekkim poślizgiem więc, kontynuując nasze rozważania na temat współczesnych Ablów, chciałbym przedstawić człowieka, który właśnie w Lourdes odpowiedział na Chrystusowe wezwanie do miłości.

Mówią o nim Matka Teresa w spodniach.

Mówią o nim święty Jan od Muminków.

Mówią o nim święty.

On sam zawsze broni się słowami Dorothy Day:

– Nie róbcie ze mnie świętego. Tak łatwo się mnie nie pozbędziecie.

Jego ojciec Georges był Gubernatorem Generalnym Kanady, wróżono mu więc wspaniałą karierę. Miał w zasięgu ręki wszystko: przywileje, zaszczyty, pieniądze. Rysowała się przed nim prosta droga na szczyty… droga na skróty.

W 1945 roku mając siedemnaście lat widzi w Paryżu wyzwoleńców z niemieckich obozów koncentracyjnych. Widok ich absolutnej słabości i bezbronności na zawsze odciska piętno na jego wrażliwym sercu. Wstępuje do marynarki i błyskawicznie wspina się po szczeblach kariery. Pod koniec lat ’40 już jako oficer udaje się z ojcem do Lourdes.

Jean VanierCzując niesamowitą bliskość Jezusa, postanawia odpowiedzieć na Jego wezwanie i zaryzykować wszystko.

„Jeśli kto chce iść za mną, niech się zaprze samego siebie niech weźmie swój krzyż i niech Mnie naśladuje” (Łk 9, 23).

Jean Vanier porzuca łatwą drogę na szczyt i wybiera tę, która prowadzi na Golgotę. Nie znając jeszcze szczegółów misji, do której przeznaczył Go Pan, rozeznaje swoje powołanie w dominikańskiej wspólnocie modlitewnej Żywa Woda, rozpoczyna studia teologiczne i filozoficzne. Myśli też o kapłaństwie.

Kilka lat później odwiedza swojego przyjaciela, dominikanina ojca Thomasa Philippe’a w ośrodku dla niepełnosprawnych mężczyzn. Widok ich absolutnej słabości i bezbronności nadaje wreszcie kierunek jego powołaniu.

Za każdym razem, kiedy spotykam człowieka z poważnym upośledzeniem, słyszę ich niezwykły krzyk. Można go nazwać pierwotnym krzykiem: „Kochaj mnie!”. To bardzo głęboki krzyk. „Dlaczego zostałem porzucony/porzucona? Czy moje życie ma jakąś wartość? Ten krzyk, to pytanie: „Czy chcesz być moim przyjacielem?”, bardzo mnie dotknęło. Zacząłem odwiedzać zakłady psychiatryczne, szpitale, różne instytucje i rodziny. Odkryłem wtedy ogromne pokłady cierpienia, którego nigdy nie byłbym w stanie sobie wyobrazić. Odkryłem świat, o którego istnieniu nie miałem pojęcia. Stało się dla mnie jasne, że Jezus pragnie, abym przygarnął jedną czy dwie osoby i z nimi zamieszkał.

W 1964 Jean Vanier kupuje zrujnowany domek i zaprasza do niego dwóch upośledzonych mężczyzn, którzy do tej pory żyli w zakładzie dla umysłowo chorych.

„Uświadomiłem sobie głębię ich cierpień, a w szczególności to, że zawsze sądzono, iż sprawili zawód swoim rodzicom i otoczeniu i nigdy nie byli postrzegani jako wartościowi ludzie”

Raphael Simi, Jean Vanier, Philippe SeuxTak narodziła się L’Arche – Arka, która ratuje przed potopem to, co najcenniejsze w oczach Boga. Dziś organizacja ta działa w 35 krajach, w tym w Polsce. Jej członkowie tworzą wspólnoty, w których ci słabi i ci silni tworzą rodziny, ubogacając się wzajemnie.

– Przychodziłem do Arki z myślą – powiedział Maciek, jeden z wolontariuszy Arki w Poznaniu – że oto ja, święty Maciej, wszystkich obdarują sobą. Szybko musiałem pozbyć się moich wyobrażeń. Każdego dnia doświadczałem tego, że o wiele więcej dostaję, niż daję. To osoby niepełnosprawne nauczyły mnie, co to znaczy kochać i być kochanym, to w Arce nauczyłem się okazywania uczuć, to patrząc na niepełnosprawnych mieszkańców naszego domu, zrozumiałem, co to znaczy akceptacja i otwartość na drugiego człowieka. (…) Gdy opuszczę Arkę, właściwie nie będę miał nic. Będę za to bardzo ubogacony wewnętrznie. (W drodze 9/2011)

Ja też miałem to szczęście, że od dzieciństwa właściwie przebywałem w otoczeniu ludzi niepełnosprawnych i upośledzonych umysłowo. Moja mama założyła wspólnotę Wiara i Światło w Płocku. Ten katolicki ruch świecki zainicjowany – jakże by inaczej – w Lourdes w 1971 roku przez – jakże by inaczej – Jeana Vanier składa się z setek niewielkich grupek zakorzenionych w lokalnych parafiach, zrzeszających tych „słabych” i tych „silnych”.

Wzrastałem więc pośród dzieci z zespołem Downa, uczyłem się ich absolutnej otwartości i akceptacji bez żadnego „ale”. Być może dlatego nigdy nie potrafiłem i do dziś nie umiem odnaleźć się w rzeczywistości, w której liczy się własny zysk. Zawsze ceniłem sobie bardziej współpracę niż współzawodnictwo.

To oni, ci słabi, uczyli mnie czym jest godność człowieka, ale też stawiali mnie niekiedy w sytuacjach, w których czułem się zupełnie bezradny. Bezradny wobec ich choroby, ich wymagań, a niekiedy również i psychoz. Będąc we wspólnocie, jako kilkunastoletni chłopak pierwszy raz zobaczyłem jak wyglądają ataki padaczki, napady złosci, fobie i obsesje. Mogłem też doświadczyć ludzkiej słabości, pomagając w codziennych sytuacjach ludziom z twardnieniem rozsianym, porażeniem mózgowym czy zespołem Downa. Nieraz musiałem przemóc obrzydzenie, bo drugi człowiek potrzebował mojej pomocy.

Przez wiele lat potem odrzucałem te doświadczenia jako zbędne. Czułem się zupełnie zagubiony w świecie silnych i zdrowych. Nie potrafiłem odnaleźć się w rzeczywistości, w której na miłość i akceptację drugiego człowieka trzeba sobie „zasłużyć”, w którym, żeby mieć grono przyjaciół należy się odpowiednio ubrać, właściwie wyrażać czy dostosowywać swoje poglądy. Byłem zupełnie zagubiony i cokolwiek czyniłem, miałem świadomość, że jestem sam, że nie rozumiem tego, co się dzieje wokół, że choćbym chciał nie jestem zdolny do dopasowania się do tego świata.

Odrzucałem ablowe nauki, choć wiedziałem, że są cenne. Odrzucałem je, bo chciałem być „normalny”. Nie widziałem zupełnie jak mogą się one przydać w rzeczywistości rządzonej przez Kainów i wymagającej od ciebie kainowego myślenia.

Dzisiaj wiem już, że Abel to nie bubel i że jest światu potrzebny, że jego obecność przemienia świat poprzez przemianę naszych serc.

– Żyjemy w bardzo połamanym świecie – powiedział Jean Vanier w Toronto. – Dziś, może nawet bardziej niż kiedyś, jesteśmy pełni obaw. Nie wiemy, co może się wydarzyć. Lęk jest wszechobecny. Chciałbym zacząć od lęku właśnie, skoro mamy rozmawiać o uleczeniu. Nie o uleczeniu z lęku, zawsze będziemy przerażeni… Chodzi raczej o wyzwolenie z niewoli strachu. (…) Zwłaszcza w społeczeństwie, które stawia na rywalizacje, nie możemy ujawniać naszej wrażliwości i kruchości. Nazywam to kruchością metafizyczną. Jest nią rzeczywistość śmierci i cierpienia.

Boimy się stracić na znaczeniu. Boimy się starości. Boimy się śmierci. Istnieje też jeszcze społeczny wymiar lęku. Boimy się odrzucenia. Boimy się, że nas nikt nie zauważy, że nie znajdziemy dla siebie miejsca, że nikt nas nie będzie chciał. Jest jeszcze trzeci rodzaj lęku, który łączy się z dwoma, które wymieniłem. To lęk przed chaosem. Boimy się tego, że życie nie ma sensu. To jakieś fundamentalne udręczenie, które prowadzi do samotności.

Pomniejszenie, odrzucenie i to okropne poczucie osamotnienia i bezsensu istnienia. Żyjąc w niewoli strachu, szukamy ucieczki. „Muszę udowodnić, że jestem kimś!”; „Za wszelką cenę muszę udowodnić, że jestem!”; „Potrzebuję uznania!”; „Muszę usłyszeć, że jestem wspaniały czy wspaniała!”. Budujemy mury wokół naszych serc w świecie rywalizacji, w którym muszę udowadniać, że jestem lepszy od ciebie. Muszę piąć się po drabinie, żeby mieć więcej, aby bardziej być. Więcej władzy, więcej pieniędzy, więcej wiedzy, więcej uznania.

Najbardziej boimy się jednak poczucia, że nas nie ma, że jesteśmy do niczego. Wtedy spadamy. Ogromne pragnienie wspinania się po drabinie i strach przed upadkiem. (…) Pragnienie bycia przekształca się w elitaryzm. (…) Od 43 lat żyję z ludźmi, którzy są wrażliwi, czasami słabi, ale zawsze bardzo krusi. Chcę się z wami podzielić czymś, co trudno jest przekazać i trudno też przyjąć.

Jean VanierLeczą nas ci, których odrzucamy. Jeśli chcecie zrozumieć mechanizmy społeczeństwa, posłuchajcie tych, których ono odrzuca, a powiedzą wam coś o odrzuceniu i byciu człowiekiem.

Amerykański pisarz Christopher de Vinck w swojej książce Siła bezsilnych pisał o swoim chorym bracie Oliverze. Przykuty o łóżka przez ponad trzydzieści lat, z powykręcanymi kończynami, niewidomy i niemy. Po ludzku patrząc, był on człowiekiem bezużytecznym, ciężarem i darmozjadem. A jednak to właśnie on stał się „milczącym nauczycielem” autora. Życie z nim wymagało poświęcenia i absolutnej przemiany rzeczywistości wokół. Oliver stał się ośrodkiem odnowy, który uleczył serca najbliższych i powiązał ich wiezami prawdziwej miłości. Miłości, która kosztuje.

Jean Vanier wspomniał o tym aspekcie słabości Abla w swoim wystąpieniu w Toronto:

Nasza słabość zbliża do siebie ludzi. Wiecie, starzeję się. Mam 78 lat, wkrótce stuknie mi 79, a słyszałem, że potem przychodzi osiemdziesiątka. Mieszkam w tym samym domu od dawna. Kiedy miałem 70 lat moi bliscy zebrali się i powiedzieli: „Nie musisz już zmywać”. Świetnie. Byłem odpowiedzialny, a teraz inni przejęli odpowiedzialność za mnie. Kiedy byłem zmęczony po obiedzie, powiedzieli, żebym sobie odpoczął. Świetnie. Nasza słabość zbliża ludzi. Pięknie jest się starzeć, jeżeli gdzieś przynależysz. Jeżeli jednak starzejesz się i nigdzie nie przynależysz, nie ma nikogo, kto by ci powiedział: „Jestem z tobą w twojej słabości”. (…) Słabość jest cementem spajającym przyjaźń i społeczność. „Potrzebuję cię. Kocham cię”. To nas spaja.

Wspomniany Christopher de Vinck napisał o swoim bracie, „milczącym nauczycielu”:

«Oliver wyostrzył wzrok moich rodziców. Ten wzrok został mi przekazany», wspomina Christopher de Vinck. «Moja matka i ojciec prosili nas, dzieci, jedynie o to, zebyśmy widzieli. Do nas jako stworzeń mających wolną wolę, należy wybór, czy zamierzamy widzieć, czy nie»”. (W drodze, 9/2011)

Henri Nouwen, katolicki ksiądz związany z L’Arche, po przeczytaniu tej książki miał następującą wizję:

Zobaczyłem nasz zwariowany świat, pełen wojen i konfliktów, pełen współzawodnictwa i ambicji, bohaterów i gwiazd, pełen opowieści o sukcesie, horrorach, miłości i śmierci, pełen gazet, telewizorów, radioodbiorników i monitorów komputerowych oraz milionów ludzi przekonanych, że dzieje się coś, czego nie mogą opuścić, gdyż straciliby coś z życia. A potem zobaczyłem rękę usuwającą ciężką zasłonę tych widowisk i wskazującą na upośledzone dziecko, biednego żebraka, chronicznie chorą kobietę, niepiśmiennego mnicha, umierającego staruszka, głodnego malucha. Wcześniej ich nie widziałem. Tak jakby byli ukryci z dala od tego, gdzie działp się «to ważne». Ale ręka łagodnie wskazywała na tych biednych, pokornych, słabych ludzi, a głos mówił: «Ze względu na nich zachowam ten świat od zniszczenia. Oni są moimi ulubieńcami, z nimi zawarłem przymierze i będę temu przymierzy wierny». (W drodze, 9/2011)

Największym darem mojego doświadczenia wzrastania wśród ludzi upośledzonych i niepełnosprawnych jest ten wyostrzony wzrok i świadomość własnej słabości. Przez lata  błądzenia zdołałem zaliczyć wszystkie lęki, o których wspomniał Jean Vanier. Doszedłem nawet do momentu, kiedy znalazłem się w metafizycznej próżni – nie widziałem już nic poza beznadzieją istnienia i własną bezradnością. Byłem na skraju wycieńczenia, ale dobry Bóg przywrócił mnie do życia i dziś pozwala mi na nowo odkryć to, co przecież wiedziałem od dawna.

– Nie siłą i nie przez rywalizację osiągamy dojrzałość, ale poprzez dostrzeżenie i akceptację wrodzonej wrażliwości i kruchości zarówno w nas samych jak i w naszych bliźnich.

ChildJan Paweł II powiedział, że L’Arche stało się dynamicznym i opatrznościowym znakiem cywilizacji miłości. Cywilizację śmierci widać wokół: aborcja, eutanazja, eugenika, in vitro, GMO, operacje plastyczne, wolny seks, wolne związki… Bardzo łatwo przegapić w tym szaleństwie to, co dla Boga jest najcenniejsze, tych, z którymi zawarł przymierze. Tych, których mordujemy w aborcyjnych klinikach.

Ludzie tacy jak Jean Vanier i jego dzieci wyostrzają nasz wzrok. Pozwalają nam dostrzec Abla w tłumie Kainów. Oni wciąż do nas krzyczą: „Kochaj mnie!”. Oni nas potrzebują.

Prawda?

Nieprawda.

To my potrzebujemy ich. Potrzebujemy ich jak Zbawienia.

– Na początku myślałem, że to ja mogę im pomóc. Stopniowo odkrywałem, ile oni robią dla mnie, przemieniając moje serce. Łudziłem się, że to ja ich czegoś nauczę. Nagle okazało się, że to oni uczą mnie. Jezus mówi: „Kto was przyjmuje, Mnie przyjmuje; a kto Mnie przyjmuje, przyjmuje Tego, który Mnie posłał” (Mt 10, 40); mówi: „Byłem głodny, a daliście Mi jeść; byłem spragniony, a daliście Mi pić; byłem przybyszem, a przyjęliście Mnie; byłem nagi, a przyodzialiście Mnie; byłem chory, a odwiedziliście Mnie; byłem w więzieniu, a przyszliście do Mnie” (Mt 25, 35-36). Czytałem to wielokrotnie w Ewangelii, ale nigdy nie rozumiałem tych słów. (…) Wiem, że to Jezus przyprowadził mnie do ludzi upośledzonych. W dniu, w którym przyjąłem pod swój dach Raphaela i Philippe’a wiedziałem i wiem to również dzisiaj, że jest to akt nieodwracalny. Przyjmując ich pod swój dach zawarłem Przymierze z Bogiem.

Pozwólcie, że zakończę świadectwem Kathryn Spink, która w książce „Cud, przesłanie i historia. Jean Vanier i Arka” opisuje dwóch mężczyzn. Jeden był niepełnosprawny i miał poważne problemy z przełykaniem. Drugi był zdrowy i przystojny. Podawał swojemu przyjacielowi jedzenie, zamykał mu usta i przechylał lekko głowę do tyłu, aby umożliwić mu spożywanie posiłku. Dla autorki był to moment, w którym uświadomiła sobie nowe znaczenie słowa komunia.

Kiedy kilka lat później Kathryn spotkała tego mężczyznę, okazało się, że opuścił Arkę i rozpoczął pracę w zawodzie, który wymaga bezwzględnej rywalizacji.

Powiedział mi, że nosi w portfelu zdjęcie swego niepełnosprawnego przyjaciela i że zawsze, gdy jest w złym nastroju lub czuje się zagubiony, patrzy na tę fotografię. Zabrało mu to torchę czasu, ale teraz już rozumie, jakim ożywczym źródłem jest dla niego ta przyjaźń.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *