Boży recycling

Spytano kiedyś parę staruszków, jak wytrzymali ze sobą 50 lat. Ich odpowiedź zaskoczyła wszystkich, choć była przecież tak oczywista:

– Widzi Pan, urodziliśmy się w czasach, w których jak coś się psuło, to się to naprawiało, a nie wyrzucało na śmietnik.

Cesarz Klaudiusz Gocki wsławił się wieloma rzeczami, a żadna z nich nie jest godna zapamiętania. Jego kuriozalny edykt o zakazie wchodzenia w związki małżeńskie mężczyzn między osiemnastym a trzydziestym szóstym rokiem życia miał zapewnić mu idealnego rekruta, żołnierza, który nie ma do kogo wracać. Święty Walenty, kapłan rzymski, wbrew woli cesarza udzielał jednak potajemnie ślubów. Za karę skazano go na śmierć. W lochu zaprzyjaźnił się z niewidomą córką strażnika, która podnosiła go na duchu. Podobno za sprawą jego miłości dziewczę odzyskało wzrok, choć on sam stracił życie. Święty Walenty

Nie od dziś wiadomo, że miłość czyni cuda, ale czy zdarza się to dziś, w czasach, w których króluje przekonanie, że miłość owszem jest super, ale tylko tak długo, jak sprawia nam przyjemność?

Przypominam sobie pewne wydarzenie z lat ’90, które teraz, po tym jak sam postanowiłem odpowiedzieć na Chrystusowe wezwanie, nabiera dla mnie zupełnie niezwykłego wyrazu.

Byłem wtedy jeszcze w podstawówce, kiedy wiatr zmian wiał przez Polskę. Komunistyczna nomenklatura, której nikt nigdy nie pociągnął do odpowiedzialności za lata słusznie minione, bogaciła się wówczas na potęgę. Mieszkaliśmy w bloku stoczniowym. Mój ojciec, jeszcze przed zmianą ustroju został zatrudniony w Petrochemii (dzisiejszy Orlen) jako specjalista od turbin. Wszyscy nasi sąsiedzi jednak pracowali dalej w stoczni, w tym również bliski przyjaciel rodziny Zygmunt.

Pamiętam go jako człowieka pełnego radości, który tryskał humorem. Ilekroć przychodził do nas na kolację ze swoją żoną Jagodą, nasze skromne M4 rozbrzmiewało gromkim śmiechem. Pech chciał, że zajmował w stoczni stanowisko, które stawiało go w pozycji łącznika między zarządem a pracownikami. Kiedy wiatr zmian uderzył w zakład pracy jak huragan, Zygmunt otrzymał polecenie służbowe: zwalniać ludzi.

Był to dla niego straszny czas. On, który mieszkał w jednym bloku ze stoczniowcami, który z nimi jadł, pił, żartował, miał teraz wyrzucać ich na bruk. Można sobie tylko wyobrazić, co musiał czuć, kiedy decydował o tym, kogo zatrzymać, kogo nie. Gniew ludzi skupił się na nim jako na przedstawicielu zarządu. Jego sąsiedzi i znajomi zwrócili się przeciwko niemu, a on sam nie umiał sobie z tym wszystkim poradzić. Wybuchły strajki, a Zygmunt znalazł się między młotem zarządu, a kowadłem tłumu.

Pewnego dnia dostaliśmy wiadomość, że nasz przyjaciel trafił do szpitala z powodu wylewu krwi do mózgu. Przez długi czas Zygmunt znajdował się w śpiączce. Nie było pewne, czy jeszcze kiedykolwiek do nas wróci. Nawet jeśli by wrócił – twierdzili lekarze – zniszczenia mózgu są na tyle poważne, że może nie odzyskać dawnej sprawności intelektualnej.

Jego żona, Jagoda, nigdy jednak nie dała za wygraną. Z niezwykłym heroizmem musiała sobie radzić nie tylko z utrzymaniem rodziny, ale też z własną rozpaczą, samotnością i wychowaniem dwóch dorastających synów. Z niezwykłym heroizmem poświęciła się też mężowi, który – wedle norm dzisiejszego świata – stał się ciężarem. Drogą na skróty byłoby pozwolić mu odejść.

Jagoda trwała w miłości.

Zygmunt powrócił do nas, ale nie do końca. Wrócił jako dziecko, które musiało od nowa uczyć się chodzić, mówić, funkcjonować. W zaledwie rok ten radosny, żwawy mężczyzna przeobraził się w staruszka.

Jagoda trwała w miłości.

Zygmunt wracał do nas, krok po kroku. Powoli zaczynał rozpoznawać dawnych znajomych. Chociaż powłóczył nogami, pochylony do ziemi niczym starzec, wrócił mu dawny dowcip. Chociaż jego głos stał się cichy i słaby, znów potrafił rozbawić. Pod tą maską choroby, wciąż tliła się dusza Zygmunta, którą cierpliwa miłość Jagody rozpalała na nowo.

Dziś, obaj synowie Jagody założyli własne rodziny, a ona żyje sobie na emeryturze. Pan Zygmunt tymczasem wciąż przechadza się po osiedlu, nie tak sprawny jak kiedyś, ale wciąż obdarza wszystkich żartem i uśmiechem. Gdyby nie wielka miłość jego żony, gdyby nie to, że trwała w niej pomimo wszystko, pomimo tego, że wedle wszelkiej logiki powinna była wyrzucić męża na śmietnik, Zygmunt prawdopodobnie nie dostałby szansy na to, by wrócić do życia.

A bez niego moje osiedle nie byłoby takie same.

Miłość to nie uczucie, jak wielokrotnie powtarza nam Kościół. Miłość to postawa. To wybór. Uczucie jak każde uniesienie zmienia się, chwieje, przemija bezpowrotnie. Od nas tylko zależy czy zgodnie z Chrystusowym wezwaniem, miłość otwiera nas na odpowiedzialność czy też zgodnie z tym, co przedstawia nam świat, jedynie na chwilową euforię, szał ciał i tysiąc pińcet dwa dziewińcet odcieni Pan Greya.

Miłość to wybór. Tak jak apostołowie, którzy trwali w miłości do Chrystusa aż do końca, aż do śmierci nierzadko męczeńskiej, tak i my stając przed ołtarzem, patrząc w oczy ukochanej osoby powinniśmy mieć świadomość, że wypowiedziane „tak” nie jest jednorazowe. To „tak” niech nam towarzyszy każdego dnia w naszej relacji z Chrystusem i z wybrańcem czy wybranką naszego serca.

Śmietnik pełen jest sakramentalnych „tak”, wypowiedzianych przed Bogiem jakby Go tam nie było, wypowiedzianych w chwili uniesienia, w chwili kompletnego zamroczenia eksplozją serotoniny.

Jezus nigdy nie wyrzucał niczego ani nikogo na śmietnik. On ze śmietników wyciagał i uświęcał.

Takie buty.

Taki Bóg.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *