Wolność do miłości

Przykazanie nowe daję wam,
abyście się wzajemnie miłowali tak,
jak Ja was umiłowałem;
żebyście i wy tak się miłowali wzajemnie.
(J 13, 34-35)

Chrystus, który uwalnia nas od grzechu, powołuje nas jednocześnie do miłości (zob. Dzieci Frankensteina), a miłość z kolei zobowiązuje nas do odpowiedzialności. Jakże nie lubimy tego słowa, ale sory, takiego mamy Nauczyciela. Miłość do jakiej nas przeznaczył nie jest skierowana do wewnątrz. Nie jest dla nas, ale dla bliźnich. Nie jest nastawiona na branie, ale na dawanie. Nie jest skupiona na jednej tylko osobie, ale wylewa się na wszystkich. I wiecie co? Im więcej się jej daje, tym więcej jej jest. Ot, cudowne rozmnożenie.

W Chrystusie wszyscy stajemy się braćmi i siostrami, a że Królestwo Boże różni się od tego ziemskiego, najwięcej szacunku i miłości należy się zawsze temu najmniejszemu.

„Czy Bóg nie wybrał ubogich tego świata na bogatych w wierze oraz na dziedziców królestwa przyobiecanego tym, którzy Go miłują?” (Jk 2, 5).

W świetle Ewangelii odpowiedź Kaina: „Czyż jestem stróżem brata mego?” brzmi co najmniej nie na miejscu.

Pozwólcie, że znów odwołam się do małej dziewczynki, która pomogła nam zrozumieć moc Chrystusa (zob. To ja pójdę po Jezusa) i zaufanie Bogu (zob. Wal jak w dym). Tym razem pomoże nam zobrazować nasze powołanie do miłości.

A to było tak:

Pewien człowiek, przechodząc kiedyś przez miasto, spotkał dziewczynkę w podartym ubranku, który prosiła o jałmużnę. Zwrócił się wtedy do Boga:

– Panie, dlaczego pozwalasz na coś takiego? Proszę Cię, zrób coś.

Pan Bóg jednak milczał.

Wieczorem w dzienniku telewizyjnym zobaczył mordujących się ludzi, konające dzieci i ich biedne wycieńczone ciała. I znów zwrócił się do Boga:

– Panie, zobacz ile cierpienia na tym świecie. Proszę Cię, zrób coś.

Pan Bóg jednak wciąż milczał.

W nocy mężczyzna usłyszał krzyki i strzały z pistoletu.

Panie, czy nie widzisz ile zła jest na tym świecie. Błagam, zrób coś.

Pan Bóg westchnął ciężko.

– Przecież już zrobiłem, Synu. Stworzyłem ciebie!

Bóg posyła nas do człowieka, abyśmy szli do niego z miłością, a uczynił to możliwym przez Krzyż Zbawienia, na którego poziomej i pionowej belce ofiara z baranka przywróciła porządek w dwóch wymiarach.

Chrystus przyszedł bowiem na świat, aby zmazać nasze grzechy i przywrócić pionową łączność z Bogiem zerwaną przez nieposłuszeństwo pierwszych rodziców, tak też Jego posłanie do tych najsłabszych stanowi przywrócenie łączności poziomej zerwanej przez zbrodnię, która pojawiła się wśród pierwszych braci.

Oto Kain i Abel nie jest bowiem jedynie opowieścią o nienawiści jednego brata do drugiego, ale też historią nienawiści silnego do słabego.

„Mężczyzna zbliżył się do swej żony Ewy. A ona poczęła i urodziła Kaina, i rzekła: «Otrzymałam mężczyznę od Pana». A potem urodziła jeszcze Abla, jego brata.
Abel był pasterzem trzód, a Kain uprawiał rolę.” (Rdz 4, 1-2).

Ojciec Szustak w swoich rekolekcjach „Od zera do bohatera” zwrócił uwagę na reakcję matki po narodzinach obu synów. W przypadku Kaina, okrzyk zachwytu – „Otrzymałam mężczyznę od Pana!”. W przypadku Abla, zupełna cisza.

Przyczyny milczenia Ewy można dopatrywać w imionach, które obaj otrzymali.

– Jeden ma na imię Kain – tłumaczy Brat Szustak. – Po naszemu „Kain” dosłownie to znaczy „kowal” albo jeszcze inaczej „człowiek o bardzo silnych rękach”. Prawdopodobnie był bardzo dobrze zbudowany. Musiał być dosyć mocnym mężczyzną. Takim, no (…) kulturystą był. Drugi, Abel, po naszemu hebrajskie słowo „hebel” to znaczy „pustka”. Taka „próżnia” To znaczy, nic tam nie ma.

Ot, taki pusty łeb. Taki – patrząc po ludzku – feler. Bubel bejbi.

Takie proste pytanie. Którym wolelibyście być synem? Takim synem, który ma świetne, mocne imię i jest fajnie ukształtowany? Czy takim synem, który, no trochę nie bardzo, nie wyszło, takim, które nawet imię ma trochę beznadziejne?

Coś niezwykłego uczynił Bóg w tej pierwszej rodzinie. Coś absolutnie powalającego i w świetle współczesnej genetyki i pomysłów hodowania ludzkości ze stajni amerykańskich i niemieckich eugeników zaskakująco aktualnego.

Pierwsze dziecko, jakie przyszło na świat z łona kobiety było ideałem. Tłuściutkie, zdrowe, rumiane. Pełne życia. Zapewne w brzuch kopało z werwą, a po narodzinach z równą werwą ściskało matkę za palec, skoro nadała mu takie imię. Jednym słowem, Herkules. Syn, o którym marzy każda rodzina. Taki genetyczny Adam Małysz, którego chciałaby wyhodować niejedna klinika zajmująca się in vitro.

Abel z kolei… Cóż, Pismo nie mówi dokładnie, co było z nim nie tak. Rozczarowanie jednak musiało być spore, skoro matka przyjęła go milczeniem. Nie ma w Biblii nic o fizycznej deformacji, o jakimś widocznym kalectwie, a stwierdzić u niemowlęcia, że ma pusto w głowie jest raczej trudno. Mogło więc chodzić tu o upośledzenie umysłowe.

Wyobrażam sobie małego Abla, który zezował w zdumione twarze rodziców swoimi migdałowatymi, podkrążonymi oczami, marszcząc fałdę nad powieką. Wyobrażam go sobie z pobróżdżonym, wystającym językiem, machającego radośnie nieco przykrótkimi kończynami. Jednym słowem, Pan Bóg mógł pobłogosławić pierwszych rodziców dzieckiem z dodatkowym, 21. chromosomem, a po ludzku mówiąc, dzieckiem z zespołem Downa.

Taki mały Abel, takie Boże błogosławieństwo, taka radość mała przyjęta przez rodziców z obrzydzeniem i niezrozumieniem.

Czym taki Abel mógł się w życiu zajmować? Oczywiście, wyłącznie pracą przeznaczoną dla wioskowych głupków, niedorajdów i wyrzutków: był pasterzem.

Czy zauważacie przypadkiem tutaj analogię do Chrystusa? Czy rozumiecie jak wielkim skandalem było to, że On, Mesjasz porównywał siebie i Ojca swego do pasterza owiec? Tylko Bóg pełen miłości mógł przyjąć na siebie taki tytuł i taką rolę. Tylko Jezus, który w pełnej pokorze przyszedł do tych najmniejszych i najsłabszych, do tych Ablów naszych, wyrzutków, mógł mówić o sobie jako o tym, który przyszedł paść owce.

Abel jest więc jednocześnie zapowiedzią Zbawienia. Ten właśnie nieporadny, upośledzony umysłowo Abel, który całymi dniami gapił się na owce i grał na źdźble trawy. Ten, który gapił się w niebo i niewiele rozumiał z otaczającej go rzeczywistości, ale jak każde dziecko z zespołem Downa potrafił bezinteresownie i hojnie dzielić się miłością i radością.

AdaśW przeciwieństwie do doskonałego, idealnego Kaina, który w pocie czoła uprawiał rolę.

Dla kultury agrarnej to jest wszystko bardzo jasne. W sensie jednemu się udało zawodowo, drugiemu się nie udało. Dlatego, że w tamtym czasie ktoś, kto uprawia rolę jest na wyższym poziomie cywilizacyjnym.

Na „wyższym poziomie cywilizacyjnym”… Co widzi Kain, patrząc na Abla? Takie nic. Takie byle co. Taki bubel właśnie. Zupełnie do niczego. Ani z nim pogadać o czymś inteligentnym, ani z nim zrobić nic konstruktywnego się nie da. Na co komu taki brat?

Na co komu taki człowiek? Idiota i tyle. Darmozjad. Ciągle trzeba się nim opiekować. Utrapienie wielkie, a pożytku żadnego. Prymityw.

Tyle spojrzenie Kaina.

A co widzi Bóg? Swoje umiłowane dziecko, skarb bezcenny. Bóg jest zakochany po uszy w słabości Abla, w tej niedoskonałości, nieprzydatności… W tej jego pustej głowie, w tym sercu pełnym miłości.

Spójrzcie, co Abel składał w ofierze Bogu. „Pierwociny ze swej trzody i z ich tłuszczu” (Rdz 4, 3). W kulturze żydowskiej pierworodne jest zawsze najcenniejsze – pierworodne koźlęta i owce zawsze stanowiły najcenniejszą ofiarę całopalną. Abel w swej prostocie i pokorze oddawał Bogu to, co najcenniejsze.

Każdy, kto spotkał w swoim życiu dzieci i dorosłych z zespołem Downa wie, że nie mają one problemu z tym, żeby każdemu dawać to, co najcenniejsze, czyli miłość. Wiele osób, tzw. „zdrowych” nie potrafi sobie poradzić już nawet nie z odpowiedzią na ten dar, ale z jego zwykłym przyjęciem.

Bóg takiego problemu nie ma. On wprost nie może odlepić oczu od Abla i jego cennej ofiary. Na doskonałego Kaina, pupila rodziców, rodzynka, nawet nie patrzy.

Boskie spojrzenie w przeciwieństwie do naszego ludzkiego zawsze patrzy w serce. Boga nie obchodzi powierzchowność, nie obchodzą go budowa ciała, blond włosy i błękitne oczy. Jego interesuje wyłącznie dusza.

Kaina zżerała zazdrość. Nie mógł pogodzić się z tym, że on, ideał człowieka, nie jest na piedestale.

Pan zapytał Kaina: «Dlaczego jesteś smutny i dlaczego twarz twoja jest ponura? Przecież gdybyś postępował dobrze, miałbyś twarz pogodną; jeżeli zaś nie będziesz dobrze postępował, grzech leży u wrót i czyha na ciebie, a przecież ty masz nad nim panować» (Rdz 4, 6-7).

Te słowa Bóg kieruje nie tylko do Kaina, ale i do każdego z nas, „zdrowych”, silnych okazów. „Grzech leży u wrót i czyha na ciebie”. Czy ta historia to jedynie opowiastka z dawnych czasów?

A jak wygląda sytuacja Ablów w świecie stojącym na „wyższym poziomie cywilizacyjnym”?

W krajach rozwiniętych, które oferują badania prenatalne morduje się aż 90% dzieci z rozpoznaną wadą genetyczną. Na Taiwanie wskaźnik ten sięga wręcz 96% dzieci z zespołem Downa.

Zbrodnia, która tak bardzo rozzłościła Boga, że zakrzyknął: „Cóżeś uczynił?! Krew brata twego głośno woła ku mnie z ziemi! (Rdz 4, 9), popełniana jest do dziś na porażającą skalę. Słowo „aborcja eugeniczna” to jedynie zmyślny eufemizm na przerażającą zbrodnię masowego ludobójstwa.

Skąd się bierze powszechność kainowego spojrzenia? Skąd bierze się milczące odrzucenie rodziców, kiedy dowiadują się, że ich dziecko jest upośledzone? Dlaczego tak nie potrafią zachwycić się swoim Ablem, tą żywą, maleńką miłością, którą Pan ich obdarował?

Czyżby chodziło nienawiść do słabości?

Allison Piepmeier, autorka bloga Motherlode, która nieustannie zachwyca się swoją upośledzoną córeczką pisze tak:

Kobiety, z którymi rozmawiałam, wielokrotnie powtarzały mi, że przerwały ciążę nie dlatego, że pragnęły „idealnego dziecka” (jedna z nich powiedziała: „Nie wiem nawet co to znaczy ‚idealne dziecko'”), ale dlatego, że uznały, iż ten świat jest zbyt trudny dla osób z upośledzeniem umysłowym. (…) „Zdecydowaliśmy się na aborcję głównie dlatego, że zdaliśmy sobie sprawę z wyzwań, jakie takie dziecko ze sobą niesie. Wiedzieliśmy, jak wpłynie to na jakość życia naszej rodziny jeśli/jak tylko osiągnie ono dorosłość, czy dożyje średniego wieku i starości”.

Autorka komentuje to krótko:

A zatem, ze względu na to, że nasze życie może stać się nieco trudniejsze, można pozbawić te dzieci szansy na przyjście na świat. Ze względu na to, że mogą one mieć trudności w życiu (czy jest ktoś, kto ich nie ma?), można je zabić.

Czego więc boją się rodzice? Odpowiedzialności.

Tego, że do końca życia będą musieli zajmować się dzieckiem ze względu na jego słabość. Żadna nowość. Przecież już Kain na pytanie Boga: „Gdzie jest twój brat?” odpowiedział ze złością:

„Czyż jestem stróżem brata mego?” (Rdz 4, 19).

Słabość drugiego człowieka otwiera nas na Bożą łaskę, gdyż stawia nas przed dylematem:

Czy odpowiemy tak jak Kain? „A co mnie on obchodzi?! On jedynie obniża jakość życia naszej rodziny! Musimy się nim ciągle opiekować! Najchętniej bym się go pozbył!”

Czy odpowiemy jak Chrystus?

Matka Teresa, która swoim życiem dała wspaniałe świadectwo miłości w Chrystusie powiedziała takie słowa:

Nie my kochamy biednych, lecz Chrystus; Chrystus kocha ich przez nas, ponieważ chce być cieleśnie blisko nich.

Człowiek miłości nie jest w stanie odrzucić słabości drugiego człowieka, ale pragnie ją wzmocnić swoją siłą. Dosłownie przed kilkoma dniami przeczytałem o Samuelu Forreście, Nowozelandczyku, który ożenił się z Ormianką, Ruzan Badalyan. 21 stycznia z ich miłości narodził się Leo.

25622C7B00000578-2942221-image-a-20_1423195037647Chłopczyk z zespołem Downa.

Matka nie chciała nawet na niego spojrzeć. W obawie przed „hańbą”, jaki takie dziecko może przynieść rodzinie, zdecydowała się je porzucić. Ojciec nie chciał o tym słyszeć.

Tak często narzekamy na beznadziejnych facetów, na ich niedojrzałość i lęk przed odpowiedzialnością. Samuel nie tylko otworzył się na słabość swojego pierworodnego, ale stanął w jej obronie.

Żona postawiłą mu warunek: albo ona, albo dziecko.

Mąż nie wahał się ani przez chwilę. Tydzień później otrzymał dokumenty rozwodowe. W telewizji ABC News powiedział:

– Kiedy takie dziecko rodzi się w Armenii, mówią ci, że nie musisz go zatrzymywać.

Jakże inna jest ta historia od tej, którą znam ze swojej miejscowości. W rodzinie pewnego policjanta przyszły na świat bliźniaczki. Chłopczyk i dziewczynka. Prawdziwe błogosławieństwo! Ojciec patrzył jednak na to oczami Kaina.

Badania prenatalne wykazały, że choć dziewczynka jest zdrowa, to chłopiec ma zespół Downa. Ojciec postanowił więc, że poród odbędzie się nie w Płocku lecz w Warszawie, aby nikt się o tym zbytnio nie dowiedział. Jak się domyślacie do domu wróciło tylko jedno dziecko. Możecie się też domyślić, że nie był to chłopczyk.

Zastanawia mnie jedno, jaka atmosfera panowała w tym domu? Czy była radość? Czy ojciec zorganizował pępkowe? Czy zjechały się babcie, dziadkowie i wujkowie, żeby podziwiać maleństwa?

Szczerze wątpię. Zapewne panowało milczenie rodziców zawstydzonych swoim wyborem. Dzień wielkiego szczęścia, przemienił się w dzień hańby. I to nie dziecko było jej powodem wbrew temu, co sądziła owa Ormianka, ale właśnie decyzja jednego z rodziców. To Kain przyniósł wstyd i hańbę, a nie Abel. Nie jego słabość, ale wybór silnego.

I wiecie co? Chrystus dobijał się do ojcowskiego ojca, aby ten przyjął małego Abla.

A to było tak:

Kiedy lekarz na porodówce zobaczył osieroconego noworodka z innego miasta, powiedział:

– Odeślijcie je do domu.

Maluch trafił do szpitala w Płocku. Pielęgniarka zadzwoniła więc do rodziców:

– Mamy tu państwa dziecko, czy przyjmą je państwo do siebie?

Rozjuszony ojciec krzyknął do słuchawki:

– My mamy tylko jedno dziecko!

Sytuacja powtórzyła się trzykrotnie. Trzy razy Pan Bóg stawiał ojca przed wyborem i trzy razy ojciec wyparł się miłości. Dzisiaj, chłopczyk ów mieszka u tymczasowej rodziny zastępczej. Zaopiekowało się nim małżeństwo staruszków, dla których mały Abel, nieświadomy nawet tego, że ma siostrę bliźniaczkę, stał się prawdziwym skarbem. To wspaniałe małżeństwo nie zastanawiało się, czy takie dzeicko nie obniży jakości ich życia. Otworzyli się na jego słabość i jego prostą, bezinteresowną miłość tak jak Bóg na ofiarę Abla.

Tak jak Bóg, nie mogą oderwać od niego oczu. Czasem zastanwiam się, dlaczego Pan tak był wpatrzony w Abla i dochodzę do jednego wniosku: widział w nim wspomnienie człowieka z Edenu. Gdyby Adam i Ewa nie byli skażeni grzechem, gdyby dane im było spojrzeć na Abla oczami Chrystusa, dostrzegliby w nim Raj.

I wiecie co? Jestem przekonany, że gdy bliźniaki dorosną i dziewczynka dowie się o losie swojego braciszka, przygarnie go i jej miłość wyleczy rodzinę: otworzy serce ojca, zagoi ranę matki. Może jestem naiwny, ale wierzę, jestem przekonany, że tak właśnie będzie, bo Pan stworzył nas z miłości i do miłości.

Chrystus wyswobodził nas z grzechu, abyśmy mogli spełnić swoje powołanie. Posłał nas do najmniejszych, żeby ich słabość otworzyła w nas zdroje miłości. Kiedy ktoś powierza nam się w całości, kiedy oddaje się nam w pełni swej bezradności, czy jesteśmy w stanie odpowiedzieć miłością?

Czy też rzucamy jak Kain: „A co mnie to obchodzi!”?

Bóg sam ogołocił się ze wszystkiego i oddał się w nasze ręce. Odarł się ze swej mocy i potęgi, najpierw jako niemowlę w stajence, potem jako Baranek Boży. Kiedy modlił się w Getsemani pocił się krwią i płakał, bo widział pokolenia Kainów, które odrzucą słabość, tłumiąc jednocześnie miłość, którą obdarzył ich Pan. Widział jednak też pokolenia, które wezmą Abla w opiekę i otworzą bramy Królestwa Bożego na ziemi.

Bo czym jest Królestwo Boże, jeżeli nie miłością do Abla?

Po śmierci Jezus postawi nam tylko jedno pytanie: Czy kochałeś? Rozliczy nas wyłącznie z tego jednego zadania, do którego nas powołał. I obyśmy wszyscy mogli wtedy usłyszeć z Jego ust:

„Pójdźcie, błogosławieni Ojca mojego, weźcie w posiadanie królestwo, przygotowane wam od założenia świata! Bo byłem głodny, a daliście Mi jeść;
byłem spragniony, a daliście Mi pić; byłem przybyszem, a przyjęliście Mnie; byłem nagi, a przyodzialiście Mnie; byłem chory, a odwiedziliście Mnie; byłem w więzieniu, a przyszliście do Mnie” (Mt 25 34-36).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *