Wal jak w dym, czyli rzecz o zaufaniu

Z całego serca Bogu zaufaj,
nie polegaj na swoim rozsądku,
myśl o Nim na każdej drodze,
a On twe ścieżki wyrówna (Prz 3, 5-6).

Miało być zupełnie o czymś innym, ale po ostatnich wpisach o ustępowaniu miejsca Jezusowi i potędze Jego imienia, po naszych rozmowach i po ostatnich wydarzeniach w moim życiu, postanowiłem napisać nieco więcej o zaufaniu. Dlaczego sprawia nam ono tak wiele trudności?

Pozwólcie, że zacznę od krótkiej opowieści o – jakże by inaczej – dziewczynce.

Pewnej nocy w jednorodzinnym domku wybuchł pożar. Rodzice wyprowadzilli swoje dzieci i kiedy byli już bezpieczni spostrzegli ze zgrozą, że brakuje najmłodszej córeczki. Okazało się, że ze strachu dziewczynka uciekła na poddasze.

Ojciec próbował wrócić do płonącego budynku, ale cały parter stał już w płomieniach tak, że nikt nie mógł się dostać do środka. Nagle, na najwyższym piętrze otworzyło się okno, ukazała się w niej twarz dziewczynki.

– Tatusiu! Tatusiu! – rozległ się przeraźliwy krzyk dziecka.

– Córeczko, kochana! Jestem tutaj! Skacz!

Zapłakana dziewczynka próbowała dostrzec ojca przez zwały dymu.

– Tatusiu, ja Ciebie nie widzę!

– Ale ja widzę Ciebie, kochanie, to wystarczy! Skacz!

Dziewczynka nie wahała się ani chwili i rzuciła się z okna, trafiając prosto w ramiona ojca.

Ta krótka historia powtarzana na wielu rekolekcjach idealnie oddaje istotę zaufania. Każdy z nas jest jak ta dziewczynka, świat jest takim płonącym domem, w którym bardzo łatwo się zatracić. Nie każdy jednak potrafi wykonać ten jeden gest zaufania, aby rzucić się w ramiona Ojca. Rozważmy trzy powody naszego oporu przed skokiem w dym:

1. Czasami nie wierzymy, że On jest. Patrzymy na świat – dostrzegamy jedynie śmierć, zniszczenie i korupcję. Patrzymy na swoje życie – widzimy jedynie pasmo porażek, ból i smutek. Mówimy wtedy sobie: „Nie ma dla mnie ratunku”. I choć Ojciec nawołuje: „Jestem tutaj, skacz!”, stwierdzamy z rezygnacją, że to tylko omamy, zamykamy okna i czekamy, aż zawali się dach.

2. Czasami też wierzymy, że On jest. Patrzymy na świat, patrzymy na swoje życie – widzimy śmierć, zniszczenie i ból. Ufamy, że Pan Bóg jest, ale na pewno nie wyciąga rąk do nas. Myślimy, że owszem On ratuje, ale tylko tych, którzy sobie na to zasłużyli, a my? Beznadziejne przypadki. Dla nas ratunku nie ma.

3. Czasami wreszcie wierzymy, że On jest, wierzymy, że wyciąga do nas ręce, chociaż Go nie widzimy. Słyszymy, jak nas nawołuje, ale brakuje nam odwagi, żeby wykonać ten jeden gest zawierzenia – jeden krok w nieznane, w stronę nowego życia. Może nawet wiemy, że Pan Bóg ma dla nas coś o wiele lepszego, coś czego nie jesteśmy w stanie sobie wyobrazić, a jednak siedzimy na parapecie i rozważamy nieustannie, czy nam się to opłaca. To stare życie przecież przy całym swoim zepsuciu, nie było do końca takie złe. Boimy się, że jeśli oddamy się Jezusowi w całości to stracimy wszystko, na czym nam zależy.

Jeśli chodzi o pierwszy przypadek… Cóż, bardzo trudno człowiekowi zaufać komuś, w kogo istnienie się nie wierzy. Na szczęście, Bóg nie porzuca nikogo w rozpaczy. Jestem tego najlepszym przykładem. Odkąd odszedłem z Kościoła i wiarę Bogu zamieniłem na wiarę we własne siły, zmagałem się z depresjami. Na uniwersytecie uczyłem się mądrości tego świata, w których znajdowałem pocieszenie: od marksizmu, przez psychoanalizę aż po postmodernizm. Cały czas jednak żyłem na parapecie rozpaczy i kiedy dach mojego domu, który postawiłem bez Boga, zaczął się sypać, a ja wpadłem w rozpacz, spakowałem wszystkie „mądre” książki do wora i wyrzuciłem na śmietnik. W takiej chwili zupełnej bezradności usłyszałem w sercu głos Ojca: „Jestem tutaj, Piotrze, skacz!”.

Jak pisałem w Sztuce słuchania, Zbawienie przychodzi poprzez słuchanie. Nasze oczy nas zwodzą – to co świeci czesto pochodzi od Złego, a zwały dymu i pożar to nie jest całość rzeczywistości. W słuchaniu za to przejawia się Ojciec, który nieustannie nas przynagla do wykonania kroku w Jego stronę. Wtedy też po raz pierwszy usłyszałem o Jezusie w sposób, który przemienił moje życie. Ani Nietzsche, ani Lacan, ani Marks czy inny modny śród nowej inteligencji heretyk nie dokonał w moim życiu takiego przełomu jak Syn Boży ze swoim: „Pójdź za mną”. Po prostu.

Drugi przypadek – typowy dla wielu chrześcijan. Wciąż wierzymy, że na niebo musimy sobie zasłużyć, że dopiero jak sobie wszystko poukładamy, jak rozstaniemy się z nałogami, dopiero wtedy będziemy mogli dostąpić Miłosierdzia. Ci sami ludzie, którzy tak myślą wypowiadają bezmyślnie podczas mszy: „Panie, nie jestem godzien, abyś przyszedł do mnie, ale powiedz tylko Słowo, a będzie uzdrowiona dusza moja”. Te słowa wypowiadamy przecież tuż przed przyjęciem komunii. Pan dzieli się z nami swoim świętym Ciałem, pomimo – a raczej – właśnie dlatego, że jesteśmy słabi i niegodni. Potrzebujemy nieustannie Jego wsparcia.

To On układa nasze życie. To On uwalnia nas od nałogów. I czyni to mocą swojego Słowa właśnie. Ostatnio sam poczułem się jak skończony grzesznik, zdrajca i ostatnia łajza. Wbrew obietnicom składanym Bogu, wciąż popełniam te same błędy, wciąż zadaję Chrystusowi te same rany. Nie ma chyba większego smutku, jak wtedy, kiedy rani się najukochańszą osobę. Ze łzami w oczach chwyciłem za Pismo Święte i otworzyłem je gdzie popadnie, aby Bóg swoim słowem dodał mi otuchy. I wiecie, co mi powiedział?

„Posłał swe słowo, aby ich uleczyć i wyrwać z zagłady ich życie” (Ps 107, 20).

W jednej chwili Pan przemienił moje łzy skruchy w łzy radości. Bóg leczy swoim słowem właśnie takich szczurkowatych zdrajców jak ty czy ja. On posłał swe słowo, aby ich uleczyć. Kogo?

  • Tych, co „błądzili na pustyni, na odludziu: do miasta zamieszkałego nie znaleźli drogi” (Ps 107, 1)
  • Tych, co „siedzieli w ciemnościach i mroku, uwięzieni nędzą i żelazem, gdyż bunt podnieśli przeciw słowom Bożym i pogardzali zamysłem Najwyższego” (Ps 107, 10-11)
  • Tych, co „chorowali na skutek swoich grzesznych czynów i nędzę cierpieli przez swoje występki” (Ps 107, 17)

Jeżeli Pan swoim słowem leczy nawet tych, którzy bunt przeciw Niemu podnieśli „i wyprowadza ich z ciemności i mroku, a kajdany ich kruszy (Ps 107, 14), to dlaczego nie ma przyjść do tego, który siedzi na parapecie i nie chce skakać tylko dlatego, że nie sądzi, aby ktokolwiek go tam na dole łapał? On tam stoi na dole z wyciągniętymi rękami.

Bóg posłał nie tylko swoje słowo, ale też Słowo wcielone – samego Chrystusa, aby za grzeszników właśnie oddał swoje życie, aby ich wyrwał z mocy złego.

„Bóg zaś okazuje nam swoją miłość [właśnie] przez to, że Chrystus umarł za nas, gdyśmy byli jeszcze grzesznikami” (Rz 5, 8).

Ręce Boga rozpięte na Krzyżu Zbawienia są szerokie i zdolne do tego, by objąć cały świat. Miłosierdzia starcza więc dla każdego.On nie czeka, bracie, aż będziesz święty. On nie czeka, siostro, aż się poprawisz. On przychodzi do nas już, teraz, zwłaszcza w chwilach naszego upadku. On przychodzi do każdego, zwłaszcza do zdrajców, którzy sprzedają Go za garść srebrników, za seks, za lepszy samochód, za święty spokój. Wierzcie mi, Bóg ma ramiona szerokie.

On nie zbawił świętych, oni nie potrzebują Jego miłosierdzia. On ręce rozkłada dla grzeszników, rozłożył je na krzyżu, rozkłada je też dzisiaj, właśnie w chwili, w której wali się Twój dom, chociaż może widzisz jedynie ogień i dym. Im większy grzesznik rzuca się w Jego ramiona, tym większa radość w Niebie. Pomyśl tylko, jaką imprezę wyprawią tam w górze z okazji Twojego nawrócenia i Twojego zaufania!

Nie wierzycie w Boże Miłosierdzie? A kto otrzymał pierwszą komunię w historii świata? Z rąk samego Chrystusa? Umiłowany Jan? Piotr-wybraniec? Nic z tych rzeczy. Był to Judasz.

„Umoczywszy więc kawałek [chleba], wziął i podał Judaszowi, synowi Szymona Iskarioty” (J 13, 26).

Marny dowód? A kim był pierwszy znany święty, o którym mamy pewność, że wszedł do Nieba? Ukrzyżowany łotr! Człowiek, który przez całe swoje życie grzeszył, a jedyny dobry uczynek to skrucha, żal za grzechy i uznanie Chrystusa za Syna Bożego.

„Lecz drugi, karcąc go, rzekł: «Ty nawet Boga się nie boisz, chociaż tę samą karę ponosisz? My przecież – sprawiedliwie, odbieramy bowiem słuszną karę za nasze uczynki, ale On nic złego nie uczynił». I dodał: «Jezu, wspomnij na mnie, gdy przyjdziesz do swego królestwa». Jezus mu odpowiedział: «Zaprawdę, powiadam ci: Dziś ze Mną będziesz w raju»” (Łk 23, 41-43).

Mało? Kto był pierwszym apostołem Jezusa Chrystusa? Piotr? Paweł? Próbujcie dalej. Prostytutka! Maria Magdalena. To ona jako pierwsza rozpoznała zmartwychwstałego Chrystusa:

„Jezus rzekł do niej: «Mario!» A ona obróciwszy się powiedziała do Niego po hebrajsku: «Rabbuni», to znaczy: Nauczycielu!” (J 20, 16).

Maria MagdalenaI zajęło jej to o wiele mniej czasu niż uczniom idącym do Emaus. Cóż, faceci zawsze mają większe problemy z zaufaniem niż kobiety.

Zdumiewa mnie zawsze to, ile czułości było w sercu prostytutki. „Rabbuni”. Należałoby to przetłumaczyć jako „najukochańszy mistrzu” albo po prostu „mistrzuniu”. Nikt tak nie ośmielił się nazwać Zbawiciela, tylko ta, zakochana w Nim po uszy jawnogrzesznica. Niejeden z nas wytknąłby ją palcem i rzucił w nią kamieniem, ale to ją Chrystus jako pierwszą posłał, aby głosiła zmartwychwstanie.

„Poszła Maria Magdalena oznajmiając uczniom: «Widziałam Pana i to mi powiedział»” (J 20, 18).

No i wreszcie, kto był najwierniejszym spośród apostołów? Piotr? Znowu pudło. Paweł – ten faryzeusz, który z wielką zaciekłością mordował chrześcijan. Ten faryzeusz, który stał się chrześcijan najgorliwszym obrońcą. Na imię Szawła drżeli przecież wszyscy wyznawcy Chrystusa. Pan jednak objawił mu się i zabrał to dumne imię, które oznaczało „tego, który był oczekiwany” i które nosił pierwszy król Izraela, po to, aby nadać mu imię Paweł, czyli „najmniejszy ze wszystkich”. Z tym imieniem przyszedł do apostołów i błagał ich, aby pozwolili mu do nich dołączyć. Nie było większego wśród nich niż ten, który był „najmniejszy ze wszystkich”.

„Teraz zaś już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus. Choć nadal prowadzę życie w ciele, jednak obecne życie moje jest życiem wiary w Syna Bożego, który umiłował mnie i samego siebie wydał za mnie” (Ga 2, 20).

To się nazywa zaufanie. Ten facet z równą gorliwością z jaką niegdyś mordował chrześcijan, teraz skakał w dym. Bożym terminatorem stał się ten kto miał krew wyznawców Chrystusa na rękach.

Judasz, łotr, prostytutka i morderca – oto panteon tych, którzy dostąpili Bożego miłosierdzia. Kim jesteśmy przy nich my z naszymi grzechami? Jezus zaprasza każdego do stołu eucharystycznego, każdemu daje swoje Ciało i swoją Krew, bo też za każdego umarł na Krzyżu. Wszystkie owce należą do Jego owczarni, nawet – a raczej – przede wszystkim te czarne.

Wstrząsająca jest wprost  Boża miłość. Miłość Boga, który przebaczył każdemu, nawet Judaszowi. Wstrząsające jest to, że my tak często dajemy wiary temu, że na nas to Pan Bóg położył już kreskę.

Ksiądz Kralka pisał w książce „Sposób na niebo” tak:

W jaki sposób przekonuje zły duch? Najpierw kusi do grzechu, a gdy ulegniesz, oskarża:

– Bóg nie może kochać takiego grzesznika. Bóg nie może błogosławić komuś takiemu jak ty. Straciłeś wartoś w Jego oczach. Nie jesteś już godzien nazywać się JEgo synem. Uciekaj, bo gfy Bóg cię znajdzie, to dosięgnie cię Jego zemsta. Nic już nie jesteś wart!

O grzechu przekonuje także Duch Święty. Od Niego usłyszysz jednak zupełnie co innego:

– Popatrz na swój grzech. On cię niszczy. Biegnij do Ojca, który cię kocha. Uchwyć się Jego miłosierdzia. On już ci przebaczył. Biegnij! Szybko! Nie ma na co czekać! („Sposób na niebo”, str. 46)

Ot, przypadek trzeci. Co sę boisz, głupi? Czego się martwisz, głupia? Skacz z tego parapetu! Nie ma na co czekać! Wal w dym! On czeka, żeby Cię chwycić w ramiona.

jesus-holding-childI może stracisz pozycję tak jak święty Paweł. Może nie będziesz już na świeczniku, faryzeusze nie będą cię zapraszać na imprezy, może nie będą ci podawać ręki, ba! może nawet stracisz całkiem dobre imię i staniesz się „najmniejszym ze wszystkich”. Może stracisz relację, na której Ci zależy. Może stracisz wszystko, co uważasz dzisiaj za ważne i potrzebne. Może. Całkiem prawdopodobne.

I wiesz co?

Jajco. Wszystko co stracisz warte jest tyle, ile dostał Judasz za swoją zdradę. To, co zyskujesz zaś jest nie do przecenienia. Bo Bóg nie daje podróbek jak szatan. Bóg daje oryginał, Bóg daje prawdziwe szczęście, nierozerwalną, głęboką przyjaźń i autentyczną miłość, bo On sam to wszystko wymyślił. On to stworzył.

A zły niczego nie tworzy, on tylko małpuje, podrabia, knoci. Taki duchowy Made in China.

Może i ty nie widzisz dzisiaj Ojca, który do Ciebie woła. Może udajesz, że Go nie słyszysz. Może siedzisz w swoim pokoju i cieszysz się, bo jest w nim wygodnie i ciepło… Jasne, że jest ciepło! Bo parter ci się pali! Otwórz okno i skacz.

To właśnie jest zaufanie. Ojciec Raniero Cantalamessa, kapucyn i Kaznodzieja Domu Papieskiego, który co tydzień ma zaszczyt udzielać kazań z ambony papieżowi, biskupom i wszystkim przełożonym zakonów mówi jasno:

„Trzeba umrzeć, aby oddać wodze naszego życia Duchowi Świętemu. Duchowi Chrystusa. Trzeba ogołocić samego siebie ze swej władzy. Tak mówił Chrystus. Zapierając się samego siebie, święty Paweł też mówił: „Nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus”. Ale jak się wydaje to przejście od życia dla siebie do życia dla Pana jest dla nas trudne (…) Człowiek instynktownie pragnie zachować swoją autonomię. Przyjście Ducha Swiętego wymaga byśmy zrezygnowali z naszej niezależności po to, aby wybrać dla siebie wolność w oczywisty sposób dużo głębszą. Ale trzeba zrezygnować z tej wolności, która jest raczej niewolą grzechu, egoizmu”.

Czy potrafimy tak zaufać Jezusowi? Czy potrafimy mu oddać swoją nędzną autonomię, która tak często wpędza nas w rozpacz, uzależnienia i fałszywe filozofie? Czy potrafimy powierzyć Chrystusowi nasz grzech i egoizm? Nasze przyzwyczajenia? Nasze lenistwo?

Na koniec pozwolicie, że zamknę gębę i oddam głos samemu Jezusowi, bo któż jak On potrafi lepiej zachęcić do tego, aby wreszcie uwierzyć Bogu.

Potem, zwracając się do uczniów, Jezus rzekł:

– Nie martwcie się o swoje życie – o to, co będziecie jeść, ani o ciało – w co się ubierzecie. Życie to nie tylko pokarm i ubranie. Spójrzcie na ptaki: Nie sieją ziarna, nie magazynują zapasów, a Bóg żywi je! Przecież wy jesteście ważniejsi od ptaków! Czy ktokolwiek, poprzez zamartwianie się, potrafi przedłużyć swoje życie choćby o jedną chwilę? Jeśli więc nie możecie uczynić tak drobnej rzeczy, to jaki jest sens martwić się o większe sprawy? Uczcie się od polnych kwiatów: Nie pracują i nie troszczą się o swój ubiór. A zapewniam was, że nawet król Salomon, w całym swoim przepychu, nie był tak pięknie ubrany jak one. Jeśli więc Bóg tak wspaniale ubiera polne kwiaty, które dzisiaj kwitną, a jutro więdną i idą na spalenie, to czy tym bardziej nie zatroszczy się o was, nieufni?! Nie martwcie się więc o to, co będziecie jeść i pić. O te sprawy zabiegają poganie. Wasz Ojciec w niebie dobrze wie, że tego potrzebujecie. Zabiegajcie więc o Jego królestwo, a wtedy Bóg zatroszczy się o pozostałe rzeczy. Nie lękajcie się, choć jest was niewielu, bo Ojciec w niebie daje królestwo właśnie wam! Sprzedajcie to, co posiadacie, i rozdajcie potrzebującym! Wtedy wasze portfele staną się niezniszczalne i wasze bogactwa w niebie będą bezpieczne – nikt się nie włamie, aby je ukraść, i nic ich nie zniszczy. Gdzie jest wasz skarb, tam będzie wasze serce” (Łk 12, 22-34).

Dlaczego się więc martwimy? Bądźmy jak dzieci, jak ta dziewczynka, która z zaufaniem Ojcu nie ma problemu, która na jedno Jego słowo gotowa jest puścić parapet. Dzieci wiedzą, że do Ojca mogą walić jak w dym.

Choćbyśmy pogrążyli się w grzechu po uszy, choćbyśmy nie wiem jakiego dna sięgnęli dla Ojca zawsze jesteśmy ukochanymi dziećmi. On zawsze chce nas mieć w swoich ramionach.

Oddajmy więc światu garść srebrników i skaczmy!

Ojciec czeka.

1 myśl w temacie “Wal jak w dym, czyli rzecz o zaufaniu

  1. Pingback: Wolność do miłości | Takie buty

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *