Ustąp Panu miejsca

Miewamy często pretensje do Pana Boga, że nie wysłuchuje naszych próśb. Często prowadzi to nas do tego, że obrażamy się na Niego, bo nie jest po naszej myśli. To pierwszy krok w stronę pychy, a ta zawsze kończy się katastrofą. W swoim zaślepieniu nie dostrzegamy, że Bóg nie tylko spełnia nasze pragnienia, jeżeli tylko pozwolimy mu działać i jeżeli są zgodne z Jego wolą, ale też daje o wiele więcej niż byśmy się mogli spodziewać.

Dzisiejsza liturgia Słowa przywołuje taki oto obraz: wzburzone fale miotają łódką uczniów Chrystusa. Rybacy walczą o przetrwanie, ale sytuacja jest na tyle poważna, że przerażenie zagląda im w oczy. Co robi Chrystus?

Śpi. Jak gdyby nigdy nic.

„Nauczycielu, nic Cię to nie obchodzi, że giniemy?” – krzyczeli w panice, wyrzucając Panu bezczynność. Co robi Chrystus?

Wstaje bez słowa, staje na dziobie i mówi: „Cicho już”. Nagle, żywioł uspokaja się, wiatr milknie, a czarne chmury rozpływają się jak gdyby nigdy nic.

Jezus ucisza burzęJak zabawnie musieli wyglądać uczniowie z rozdziawionymi gębami, oczami wybałuszonymi ze zdumienia, przemoczeni do suchej nitki, skonfundowani… Jeszcze przed chwilą wydawało się, że wszystko stracone, że to już krótka piłka, mogiłka. A teraz słońce jak na złość znów zaczęło mrugać radośnie na powierzchni spokojnych wód.

Wyobrażam sobie jak odprowadzają wzrokiem Chrystusa, który spokojnym krokiem wraca na rufę, aby dokończyć przerwaną drzemkę. Wyobrażam sobie jak poprawia swoje legowisko, a potem rzuca:

– Czego się boicie, bracia? Gdzie wasza wiara?

I znów kładzie się spać, pozostawiając zbaraniałych uczniów i nas z tymi dwoma pytaniami. A co robią te barany Boże? Drapią się po głowie i nic nie kumają:

– Kim On właściwie jest, że nawet wicher i jezioro są mu posłuszne? – pytają jeden drugiego.

Doprawdy czasami wiele musi się wydarzyć w naszym życiu, żebyśmy wreszcie umieli przyjąć za Świętym Piotrem tę Prawdę prostą jak cep:

– On jest Mesjasz Pan, syn Boga Żywego!

I wiecie co? On tylko czeka aż przestaniemy się szarpać. Ksiądz Dolindo, mistyk z Neapolu przekazał nam modlitwę, którą otrzymał od samego Chrystusa. Podobno jest to najpotężniejsza modlitwa pod słońcem i polecał ją również ojciec Pio. Jak ona brzmi?

– Jezu, Ty się tym zajmij.

Po prostu. Często przychodzimy do Chrystusa z pretensjami. Sądzimy, że tak bardzo kochamy Boga, tak bardzo mu zawierzamy, a spotykają nas same nieszczęścia. W rzeczywistości jednak, tak jak apostołowie liczymy wyłącznie na własne siły, a kiedy wszystko się sypie tupiemy nogą, szturchamy Pana i krzyczymy:

– Ja tu ginę, a Ciebie to wcale nie obchodzi!

Wiele osób właśnie w tym momencie odwraca się od Boga i wkracza na ścieżkę apostazji. „Skoro Bóg się o mnie nie troszczy, to po co mi On?” – mówimy sobie w duchu. A wystarczy podejść z ufnością i powiedzieć:

– Jezu, słuchaj, sprawa jest. Bo my tu z kolegami walczymy o życie i ten tego… No, bez Ciebie sobie nie poradzimy. Razem z chłopakami chcieliśmy Cię prosić, żebyś przejął ster.

Co wtedy robi Chrystus? Czy mówi: „A dajcie mi święty spokój! Cały dzień nauczałem w przypowieściach, pozwólcie mi odsapnąć”? A może przewraca się na drugi bok? Nie, on wstaje, idzie na dziób i mówi: „Ucisz się już”. Tak po prostu. A nam witki opadają, że to, co przed chwilą było jeszcze tak straszne, teraz wydaje się być żartem.

Wspomniany wcześniej ksiądz Dolindo zapisał orędzie Chrystusa, które otrzymał w latach ’40:

„Zawierzenie Mnie nie oznacza zadręczania się, wzburzenia, rozpaczania, a później kierowania do Mnie modlitwy pełnej niepokoju, bym nadążał za wami; zawierzenie to jest zamiana niepokoju na modlitwę. Zawierzenie oznacza spokojne zamknięcie oczu duszy, odwrócenie myśli od udręki i oddanie się Mnie tak, bym jedynie Ja działał, mówiąc Mi: Ty się tym zajmij.

(…)

Oprzyjcie się na Mnie wierząc w moją dobroć, a poprzysięgam wam na moją miłość, że kiedy z takim nastawieniem mówicie: „Ty się tym zajmij”, Ja w pełni to uczynię, pocieszę was, uwolnię i poprowadzę.”

Całe orędzie można znaleźć tutaj. Co tu dużo mówić, Jezus powala na kolana.

Kiedy ustanawiamy się panem i władcą nad swoim życiem, jesteśmy jak uczniowie, którzy własnymi siłami próbują pokonać żywioły. Jesteśmy bez szans, choć może nam się niekiedy wydawać, że wszystko mamy pod kontrolą. Pan jednak w każdej chwili ma dla nas plan ratunkowy i tylko czeka aż powiemy Mu z ufnością: „Rób co chcesz, Panie Jezu, a ja popatrzę”.

„To, co was niepokoi i powoduje ogromne cierpienie – mówi Chrystus w zapiskach księdza Dolindo – to wasze rozumowanie, wasze myślenie po swojemu, wasze myśli i wola, by za wszelką cenę samemu zaradzić temu, co was trapi”.

Wystarczy ustąpić mu miejsca i pozwolić mu działać. Zejść z dziobu, pozwolić Mu na nim stanąć i przemówić do żywiołu.

Pamiętacie historię o uczniach idących do Emaus? Przypomnę na wszelki wypadek. Oto trzeci dzień już mijał od śmierci Chrystusa na krzyżu. Dwóch uczniów opuściło Jerozolimę i szło do wsi zwanej Emaus. Po drodze rozprawiali o wszystkim, co się wydarzyło, a byli przy tym pełni smutku i rozpaczy. Sytuacja zupełnie niepojęta. Wszystkie proroctwa się wypełniły, mijał trzeci dzień od śmierci Chrystusa, dzień, w którym zmartwychwstał zgodnie z tym, co zapowiadało Pismo, a ci dwaj zamiast siedzieć w Jerozolimie i przebierać nogami, oczekując z ufnością na Zbawiciela, szli do jakiejś wiochy rozczarowani tym co się stało.

Trzy lata chodzili z Jezusem, słuchali Jego nauczania, a teraz wystarczyły trzy dni, żeby zwątpili i odwrócili się od Jerozolimy w kierunku wieśniarskiego Emaus. Wracali do swojego bagna, do swojego zwątpienia, do swojej codzienności. Wyobrażam sobie jak mówili między sobą:

– No, fajnie było, żeśmy przez te trzy lata sporo się nasłuchali, fajnych ludzi poznaliśmy i w ogóle. Ale trochę inaczej to się miało skończyć. Jezus umarł. Zabili go. I to jak! Miał uwolnić Izraela, a tymczasem zginął jak pospolity bandyta. No cóż. Trzeba zejść na ziemię i wracać na wioskę.

Co robi Chrystus? – że zapytam ponownie. Podchodzi do nich, żywy, obecny, zmartwychwstały… i robi sobie z nich jaja.

– O czym tam, panowie, tak gadacie między sobą?

A oni patrzą na Niego jak na durnia.

Emaus„Ty jesteś chyba jedynym z przebywających w Jerozolimie, który nie wie, co się tam w tych dniach stało” (Łk 24, 18).

Genialna scena. Patrzą na swojego Pana, który stoi przed nimi w blasku chwały i mówią Mu:

– Ty to naprawdę nic nie rozumiesz.

Po czym zaczynają mu tłumaczyć, że był taki prorok Jezus, „potężny w czynie i słowie”, którego zabili faryzeusze. Co więcej, mówią mu, że grób jego jest pusty, czyli wszystko się wypełniło, a oni są załamani. Wyobrażam sobie Chrystusa jak w duchu się nabija z nich odrobinę, a w myślach widzi już miny tych dwóch, kiedy wreszcie rozpoznają Go podczas łamania chleba. Tymczasem te dwa barany Boże dalej ciągną swoje lamentacje:

„A myśmy się spodziewali, że On właśnie miał wyzwolić Izraela” (Łk 24, 21).

To „a myśmy się spodziewali” jest tak bardzo ludzkie. Tak bardzo nasze. Akurat w momencie, kiedy Pan już wprowadził plan ratunkowy w życie, a raczej już go zakończył, w chwili kiedy Chrystus pragnie objawić nam, że nas zbawił, właśnie w tej chwili mówimy: „Ty się w ogóle nami nie interesujesz. Miałeś nas wyzwolić, a tymczasem wszystko jest jak było. Do bani z tym wszystkim, wracamy na wioskę”.

Jak często nie zauważamy tej Bożej troski, bo oczy nasze są „niejako na uwięzi”. Myśmy się spodziewali, że będzie po naszemu i nie widzimy Chrystusa, który stoi przed nami. Bo Chrystus nie działa po naszemu, tylko po swojemu. Po Bożemu znaczy się. Gdyby działał po naszemu, to by nas wszystkich prowadził do Emaus, a nie do Świętej Jerozolimy.

A my nic nie kapujemy z Jego zbawczego planu. Tak często próbujemy poprawiać plan Pana Boga, bo wydaje nam się, że to my wiemy lepiej, a Jemu się coś pomyliło.

Pewien znajomy ksiądz dał kiedyś takie oto świadectwo:

– Mój ojciec pił całe życie. Nie potrafiliśmy sobie z tym poradzić. Pewnego dnia zadzwoniła do mnie matka, cała zapłakana i powiedziała, że ma już dość i że chce wnieść o rozwód. Byłem załamany. Klęczałem przed Najświętszym Sakramentem i mówiłem Panu: „Ja Tobie całe życie oddałem, Jezu, a Ty nie możesz mi pomóc w tej jednej sprawie? Czy Ciebie to wcale nie obchodzi?”.

Tego samego dnia podczas mszy czytał Ewangelię właśnie o uczniach z Emaus.

– „A myśmy się spodziewali, że On właśnie miał wyzwolić Izraela”.

Przełknął ślinę.

– „Gdy zajął z nimi miejsce u stołu, wziął chleb, odmówił błogosławieństwo, połamał go i dawał im. Wtedy oczy im się otworzyły i poznali Go, lecz On zniknął im z oczu. I mówili nawzajem do siebie: «Czy serce nie pałało w nas, kiedy rozmawiał z nami w drodze i Pisma nam wyjaśniał?»”…

Łzy pociekły mu z oczu.

– „W tej samej godzinie wybrali się i wrócili do Jerozolimy”.

Ewangelia kończyła się słowami:

– „«Pan rzeczywiście zmartwychwstał i ukazał się Szymonowi»”.

Wtedy zrozumiał ksiądz jak mizerna jest jego wiara. Dotarło do niego, że leciał do Boga z pretensjami, ze swoim „A myśmy się spodziewali” i nie widział tej jednej jedynej prawdy: „Pan rzeczywiście zmartwychwstał”. Tego dnia zawrócił z drogi do Emaus i nawrócił się na Jerozolimę.

– Zawierzyłem Panu, powiedziałem Mu: „Jezu, Ty oddałeś życie za moją matkę i mojego ojca. Tobie ich powierzam, rób z nimi co chcesz. Ustępuję Ci miejsca”. Wiecie ile czasu zajęło Panu, żeby zadziałać? Trzy dni. Po trzech dniach dzwoni do mnie mama i mówi: „Wiesz co, synku, ja go nie mogę zostawić. Tylko mam do ciebie prośbę małą. Nie mów mu jeszcze, że zostaję. To będzie niespodzianka”.

Inny przykład, inny ksiądz. Zabiegany, zahukany.

– No, nie mam czasu, żeby się modlić i czytać Pismo. Tak bardzo bym chciał znaleźć czas dla Pana Boga, ale tyle mam spraw na głowie. Gdybyście mogli się za mnie pomodlić – poprosił znajomych.

Pan nie zwlekał zbyt długo. Tydzień później ów ksiądz… złamał nogę. Tak po prostu. Całe jego życie stanęło w miejscu. Nagle, okazało się, że nie jest niezastąpiony i te wszystkie sprawy, które miał na głowie wzięli na siebie inni ludzie, po to aby on mógł dojść do siebie i wyzdrowieć.

– Nie mogłem więcej się wymigiwać przed Panem, że nie mam czasu. Wreszcie mogłem zagłębić się w Pismo.

I tak sobie zdrowiał nie tylko fizycznie, ale i duchowo. Tak działa Chrystus. Błyskawicznie i – co tu dużo mówić – skutecznie. To my się często ociągamy z tym, żeby ustąpić mu miejsca na dziobie.

Mój przyjaciel opowiadał jak w jego życiu Jezus przejawił swoją moc. Otóż żył sobie z pewną kobietą, w której był zakochany po uszy. Oczywiście, żył „nowocześnie”, bez sakramentu małżeństwa. Ich relacje mocno się psuły, pojawiły się wzajemne pretensje i oszczerstwa. Czując się bezradny, znajomy wsiadł na rower i odbył samotną pielgrzymkę do sanktuarium Maryjnego, aby pomodlić się o rozwiązanie sytuacji. W pewnej chwili poczuł ciepło i pewność, że przez wstawiennictwo Maryi, Jezus wysłuchał jego prośby.

– Do domu wracałem jak na skrzydłach. Miałem wrażenie, że rower unosi się w powietrzu. Wpadam do mieszkania, rzucam się jej w objęcia, a ona zrobiła mi wtedy największą awanturę w moim życiu. Niedługo po tym się wyprowadziła. Pomyślałem, że Bóg sobie ze mnie zakpił. Tak się poświęciłem, taki kawał jechałem, żeby Mu zawierzyć swoje troski, tak bardzo Go prosiłem, żeby naprawił nasz związek, a On takie coś zrobił… Teraz wiem, że to był Jego plan ratunkowy. Gdybym nie rozstał się z tą kobietą, którą miałem za największą miłość mojego życia, nie poznałbym swojej żony, z którą mam teraz dwójkę wspaniałych dzieci.

Tak właśnie działa Chrystus. Czasami traktujemy Go jako maszynkę do spełniania naszych życzeń. Kiedy Mu zawierzymy, czasem coś nam zabierze, ale nie po to jednak, żeby nas okpić, tylko dlatego, że ma dla nas coś o wiele lepszego.

Ksiądz Dolindo zapisał takie oto słowa Jezusa: „A kiedy muszę was wprowadzić w życie różne od tego, jakie wy widzielibyście dla siebie, uczę was, noszę w moich ramionach, sprawiam, że jesteście jak dzieci uśpione w matczynych objęciach”.

Bóg działą po Bożemu, a nie po naszemu. My chcemy dla siebie wiochy Emaus, a On chce nam dać Świętą Jerozolimę.

W moim życiu pojawił się kiedyś ogromny sztorm i łudziłem się, że sam sobie z nim poradzę. Ani przez myśl nie przyszło mi, żeby pójść do Pana, zbudzić Go i poprosić, żeby zaczął działać. Sam trzymałem ster i rozbiłem się o skały. Stałem się życiowym rozbitkiem, straciłem wszystko to, co miało dla mnie wartość: ukochaną kobietę i marzenia o założeniu rodziny.

W sercu miałem jedynie pretensje do Boga: „Nic Cię to nie obchodzi”. Ktoś jednak musiał bardzo gorliwie się za mnie modlić, ktoś musiał w moim imieniu zbudzić Pana i poprosić Go, by wziął mnie na ręce. Bo On zesłał mi swoją łaskę. Łajza ze mnie straszna, bo ustępowałem Panu miejsca powolutku, małymi kroczkami, jakby nie wierząc do końca w to, że On chce dla mnie dobrze. Trzy lata mi to zajęło. Dzisiaj ustępuję mu miejsca w każdej dziedzinie mojego życia i wiecie co? Nic na tym nie tracę. Wprost przeciwnie. Tam, gdzie ja schodzę mu z drogi, On wchodzi ze swoją mocą i uzdrawia.

Ksiądz Dolindo zapisał takie oto słowa Chrystusa:

„Jeżeli naprawdę powiecie Mi: «Bądź wola Twoja», co jest równoznaczne z powiedzeniem: «Ty się tym zajmij», Ja wkroczę z całą moją wszechmocą i rozwiąże najtrudniejsze sytuacje. Gdy zobaczysz, że twoja dolegliwość zwiększa się zamiast się zmniejszać, nie martw się, zamknij oczy i z ufnością powiedz Mi: «Bądź wola Twoja, Ty się tym zajmij!». Mówię ci, że zajmę się tym, że wdam się w tę sprawę jak lekarz, a nawet, jeśli będzie trzeba, uczynię cud”.

On działa jak lekarz, On czyni cuda. Tam, gdzie ja się zawsze siłowałem z żywiołem, On tylko staje i mówi: „Ucisz się”. Nie zawsze jest tak jak ja chcę. Ale zawsze jest o wiele lepiej niż bym sobie mógł to wyobrazić. Zawsze czuję się wtedy jak ci uczniowie, którzy przemoczeni do suchej nitki, z wodorostami we włosach patrzyli w błękitne, bezchmurne niebo, z którego jeszcze przed chwilą trzaskały pioruny i nie mogli pojąć, co się stało. Czy to zmaganie z życiem, które przed chwilą jeszcze mogło skończyć się śmiercią, rzeczywiście miało miejsce?

Ja też patrzę na swoją przeszłośc jak na zły sen, który przeminął bezpowrotnie odkąd Pan stanął na dziobie i powiedział: „Ucisz się”. Jestem przekonany, że musiałem rozstać się z kobietą, która była moim marzeniem tylko dlatego, że Pan szykuje dla mnie coś znacznie, znacznie piękniejszego. Rok temu powiedziałem przed Najświętszym Sakramentem: „Panie, daj mi czas, aby rozeznać czy mam wstąpić do zakonu, czy mam założyć rodzinę”. Dzisiaj mówię Mu: „Ty decyduj, Panie”. I wiem, że wybierze dla mnie jak najlepiej.

Bo Jezus nie przyszedł, aby nas potępić.

„Przyszedłem, aby [owce moje] miały życie i miały je w obfitości” (J 10, 10).

O. Takie buty.

No to czego my się jeszcze boimy? Dlaczego brakuje nam wiary? Nie bądźmy baranami Bożymi, ale Jego owcami.

Ustąpcie mu miejsca i patrzcie, co wyprawia.

12 myśli w temacie “Ustąp Panu miejsca

  1. Super!
    w sensie..że prawda,że taka jest prawda 🙂
    pozdrawiam serdecznie.
    też jestem strasznie oporna..
    ale pracuje nad tym..
    by stawać się a nie tylko być..
    piękne są te modlitwy.

  2. Pingback: Imię ponad wszelkie imiona | Takie buty

  3. Jakie to wszystko wydaje się być proste! „Ty się tym zajmij”- tylko tyle. W praktyce dużo kosztuje żeby się tak po prostu przymknąć, oddać sprawę i zaufać. Na szczęście Pan jest Wielki, co więcej! Ma wielkie poczucie humoru… 🙂

    • Pan Bóg raczej komplikuje, to my lubimy sobie gmatwać niepotrzebnie. Miłość jest prosta. „Wystarczy” zaufać. Wiara w Boga to nie to samo, co wiara Bogu. A On cały czas mówi do nas: „Pozwól mi sobie pomóc”.

      Czasami człowiek musi zejść na samo dno, odczuć boleśnie swoją własną bezsilność, żeby w końcu chwycił się Pana i powiedział: „Jezu, ratuj”. Na szczęście On nigdy nie zwleka z akcją ratunkową.

      Syn marnotrawny musiał wylądować w chlewie, gdzie był traktowany gorzej niż świnie, żeby wreszcie zwrócić się do Ojca.

      A ten zawsze czeka z otwartymi rękami i gotową ucztą.
      Nie sposób zrozumieć tej Jego miłości szalonej 🙂

  4. Ok, więc czas chyba oddać stery,
    zaufać i nie martwić się byle czym.
    Na świecie jest wiele ekstremalnie fajnych rzeczy
    i osób, które tylko czekają na poznanie.
    Niestety często nasze zmartwienia powodują,
    że wszystko jest zamazane i niepewne. A tu wygląda na to by
    zaufać i dać kierować swoim życiem. Genialne w swojej prostocie.
    Ja bym powiedział: Bądź wola Twoja – wiem że dasz radę. 🙂

    • Bądź wola Twoja – dokładnie. Często wydaje nam się, że Pan chce nam wszystkiego zakazać. Tego nie wolno, tamtego nie wolno. Człowiek wtedy się buntuje i sam chce wybierać – najczęściej ze szkodą dla siebie. Tymczasem, Pan chce dla nas tylko dobra, a poprzez nas również dobra dla innych.

      „Jezu, ufam Tobie” – to najgłębsza deklaracja wiary.
      Ufam Tobie, bo wiem, że Ty masz wspaniały plan, którego mogę nie rozumieć, którego celu mogę nie dostrzegać, ale ufam, że jest wspaniały.

      Święty Piotr – po wielu zmaganiach z wątpliwościami i upadkami, jak to u Piotra – zuafał w pełni i z prostego rybaka, który użera się z teściową, stał się rybakiem ludzi i pierwszym papieżem. Święty Paweł z faryzeusza opętanego żądzą krwi stał się apostołem narodów, chociaż nigdy nie widział Jezusa twarzą w twarz. Świety Mateusz z pogardzanego przez wszystkich celnika, stał się Ewangelistą, dzięki któremu możemy dziś poznawać Chrystusa…

      Czy byliby w stanie dokonać takich czynów sami z siebie? Oj, nie sądzę 🙂

  5. Piękne tłumaczenie tego co dla nas najtrudniejsze. Oddania. Zawierzenia. Lekkie pióro, gęste myśli. Autorze, zbliżasz się do Ojca Szustaka. Co w moim mniemaniu jest oczywiście wielkim osiągnięciem. Ale literacko tylko Ty tak potrafisz.

    • „Wierzysz, że jest jeden Bóg? Słusznie czynisz – lecz także i złe duchy wierzą i drżą” (Jk2, 19). Wiara w Boga to pikuś. Uwierzyć Jego miłości, zaufać Mu, oddać ster naszego życia i ustąpić Mu miejsca – to jest istota naszej wiary.
      „Wtedy Jezus spojrzał z miłością na niego i rzekł mu: «Jednego ci brakuje. Idź, sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za Mną!»” (Mk 10, 21).
      W tym cały jest ambaras. Czy potrafimy odpowiedzieć na Jego miłość z takim zaufaniem, by za Nim pójść? By każdego dnia mówić Mu: „Tak Panie, chcę iść za Tobą”. Wiara to nasz wybór, to nieustanne mówienie: „Oddaję Ci się, Rabbuni, prowadź”…

      Pozdrawiam Cię, Siostro. Obyś zawsze mówiła Mu: „Czekaj, Panie Jezu, już lecę” 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *