Błogosławieństwo pierwszego dnia

ROZDZIAŁ 1
Białoruś
Każde miejsce wygląda wspaniale, kiedy się je opuszcza. Nawet te, w którym przeżyliśmy wiele trudnych chwil. Zwłaszcza. Warszawa pożegnała mnie słoneczną pogodą, jakby życzyła mi powodzenia. W takich chwilach przez głowę przebiegają setki wspomnień i twarzy. Ludzie, z którymi nasze opowieści związały się na dłużej lub tylko na chwilę. Ludzie, którzy nam pomogli, którzy nas zranili, którzy nas przygarnęli albo odrzucili – o każdym z nich myśli się wtedy z czułością. Bo każdy z nich zostawił po sobie ślad w moim życiu.Czy byłbym tym, kim jestem, gdybym nie spotkał choćby jednej z tych osób?

Być może to właśnie czuje człowiek na łożu śmierci: wdzięczność. Wdzięczność za dobre i złe chwile. Wdzięczność za ludzi, którzy nadepnęli mu na odcisk i tych, którzy go opatrzyli. Wszystkie kłótnie, rywalizacje i przykrości stają się nieważne, kiedy człowiek zarzuca mandżur na plecy, mówi Adieu! i rusza w nieznane.

Co mnie czeka? Czy jeszcze tu wrócę? Czy jeszcze zobaczę swoją rodzinę? Przyjaciół? Kim wtedy będę?

Plan był prosty, złożony z kilku punktów, które chciałem zaliczyć:

  • Dotrzeć do Gwalioru w Indiach 7 października, żeby zdążyć na urodziny indyjskiej dziewczynki, którą poznałem rok wcześniej.
  • Dotrzeć do Waranasi i wykąpać się w Gangesie podczas świeta Diwali.
  • Utopić w Gangesie nieśmiertelnik z wybitym wizerunkiem mojej byłej dziewczyny, aby symbolicznie pożegnać się z przeszłością.
  • Spotkać się z wujkiem, buddyjskim mnichem, aby zalepił dziurę w mojej duszy.
  • Zakończyć podróż miesięcznym odosobnieniem w klasztorze buddyjskim w Korei Południowej, aby uporządkować sobie wszystko w głowie.

Nie spodziewałem się wtedy jeszcze, że żadnego z tych punktów nie uda mi się zrealizować. Nie spodziewałem się wtedy jeszcze, że żaden z tych punktów nie ma żadnego znaczenia.

Jest taki dowcip.

Człowiek staje przed obliczem Boga, a On uśmiecha się i pyta: – To mówisz, że jakie miałeś plany?

W Łukowie wsiadłem do pociągu do Terespola. Po raz pierwszy miałem wreszcie trochę czasu, żeby zapoznać się z Dorotą, która jechała razem ze mną w nieznane. Muszę się przyznać, że w swoją wyprawę po imię i męskość zabrałem kobietę…

Mali chłopcy wiedzą o tym doskonale, jakby to było prawo naturalne, że dziewczyn nie zabiera się na poszukiwania Świętego Graala ani też na Wyspę Piratów. Gdyby Don Quixote zabrał w podróż dziewkę, już po kilku krokach musiałby wracać do domu.

Wybaczcie mi, drogie panie. wiem, że jest pośród Was wiele podróżniczek, odważniejszych od niejednego faceta, osobiście znam kilka z Was, ale towarzyszem podróży jesteście… trudnym.

Adam został stworzony poza rajem, w leśnej głuszy, w dziczy. Dlatego też potrafi znosić ból, nagniotki i obtarcia dłużej niż przez dziesięć minut i twierdzić uparcie, że nic mu nie jest; dlatego potrafi się przespać w byle rowie i nie myć przez tydzień, jeśli będzie do tego zmuszony.

A czasem nawet i bez takiego przymusu, ot, z czystego lenistwa.

Są to wszystko „umiejętności”, które w raju rzadko się przydają. Kiedy więc mężczyzna w brudnych ciuchach kładzie się do świeżo wypranej pościeli albo kiedy z uporem twierdzi, że nic mu nie jest chociaż obciął sobie pół palca podczas krojenia chleba, każdą Ewę słusznie trafia szlag.

Poza rajem jednak syutacja ma się zgoła inaczej.

O ile jednak pośród pań zdarzają się i dzikuski, które nie potrafią nie przejmować się brudem za paznokciem, o tyle jednak pewnej umiejętności adamowej nigdy nie zdołają opanować.

Mowa, oczywiście, o pakowaniu się.

Dorota zabrała w drogę tyle sprzętu, że już oczami duszy widziałem, jak jej to wszystko niosę poprzez stepy, prerie i bagna. Już wtedy wiedziałem, że nasze wizje podróży zupełnie do siebie nie przystają. Ja widziałem w niej szansę uwolnienia się od nadmiaru rzeczy i poprzestaniu na małym, ona całkiem odwrotnie.

Nie martwcie się jednak. Jedna z teologicznych prawd jest taka, że jeśli człowiek dźwiga zbyt wielki ciężar, Pan Bóg prędzej czy później mu ulży. Mnie okradli w Mongolii, Dorotę w Chinach. Kilkanaście kilogramów zmartwień mniej.

Chwała Panu!

2443_8Nie wybiegajmy jednak za bardzo w przyszłość. Dojechaliśmy dopiero do przejścia granicznego w Terespolu. Obok nas kolejka Białorusinów dźwigających opony, sprzęt AGD i… kiełbasy. Później sprzedadzą ją kontrahentom w Brześciu, a ci powiozą do Moskwy. O ile przejdą kontrolę.

Polscy pogranicznicy nie grzeszyli uprzejmością. Do Białorusinów odnosili się opryskliwie i per ty. Wszędzie słychać było krzyki i tłumaczenia naszych wschodnich sąsiadów. Podobne sceny widziałem na przejściu granicznym z Ukrainą. Zastanawiam się, czy i my nie byliśmy traktowani w ten sposób w czasach słusznie minionych przez naszych socjalistycznych kamratów z NRD.

Po stronie białoruskiej pogranicznicy zachowywali się zupełnie inaczej. Zostaliśmy przywitani szerokim uśmiechem i prawdziwą gościnnością. Może nie było chleba i soli, czy góralskiej kapeli, ale poczułem się jak gość, nie jak złodziej. Mogliby przecież w ramach odwetu zaprosić nas na rewizję osobistą. Skończyło się na symbolicznym trzepaniu plecaka.

Takie buty.

Do Brześcia dotarliśmy nocą. Najbliższy pociąg do Moskwy kosztował… 400 euro. Ten sam bilet następnego dnia wieczorem kosztował już  tylko 40.

Postanowiłem więc dojść do ulicy Moskiewskiej, która wyjeżdżała wprost na trasę do stolicy Moskwy i tam łapać stopa albo przespać się pod słupem. Dorotka zatrzymała się jednak w połowie drogi i wpadła w panikę.

–  Co my teraz zrobimy?

–  Jak to co? Dojdziemy do ulicy i będziemy łapać okazję.

–  Nawet nie wiemy, czy dobrze idziemy.

–  Przecież sprawdziliśmy na mapie.

–  Zapytaj kogoś.

Zapytałem.

–  Dobrze idziemy.

–  Skąd wiesz?

–  Bo zapytałem.

–  Na pewno źle zrozumiałeś. Zapytaj kogoś innego!

I tak oto mój plan o bestroskiej podróży pełnej przygód wziął w łeb.

„To mówisz, że jakie miałeś plany?” – przypomniały mi się słowa z dowcipu.

Ot, pierwsza przewieszka, ale Pan Bóg tylko naciągnął linę przypiętą do uprzęży i krzyknął:

– Chcesz pójść na inną skałkę, Piotrze?

A ja westchnąłem.

– Nie. Dam radę. Izwinite! – zagaiłem stojących na parkingu młodych Białorusinów. – Do Moskwy tędy? – zapytałem.

Spojrzeli na nas zdziwieni.

– Tak. A co wy piechotą chcecie iść? – Białorusini wybuchnęli śmiechem. – Toż to 1000 kilometrów. Szalonyj czelowiek. Dawaj w maszinu.

Wpakowaliśmy się do samochodu.

– Zabierzemy was na stację benzynową. Wszystko będzie dobrze.

„Nie troszczcie się więc zbytnio i nie mówcie: co będziemy jeść? co będziemy pić? czym będziemy się przyodziewać?“ (Mt 6, 31) pisał Mateusz w Ewangelii. Troski zostawcie Bogu, bo on zawsze wyśle po was takiego Aleksandra czy innego Aleksieja, którzy podwiozą na stację benzynową i posiedzą z tobą w kawiarni, częstując kawą i pączkami.Trochę po polsku, trochę po rosyjsku przegadaliśmy pół nocy. Kręcili głowami z niedowierzaniem, słysząc, dokąd zamierzamy jechać.

– To wy na polski paszport po całej Europie możecie jeździć, a wy w Mongoliu?! Szalone Polaki.

Aleksandr co i rusz grzecznie odbierał telefon od mamy.

Spakojna, spakojna, ja pujdu do raboty – zapewniał.

Godzina trzecia nad ranem, on piąte piwo, a pracował jako szklarz. Dobrze jest wiedzieć, że ktoś gdzieś tam się o nas troszczy. Dobrze jest też mieć wyłączoną komórkę, żeby ten ktoś mógł się o nas troszczyć właśnie gdzieś tam, a nie nad uchem.

Aleksandr i Andriej zabrali się wreszcie w drogę powrotną o czwartej nad ranem, życząc nam powodzenia. To błogosławieństwo pierwszego dnia dodało mi otuchy i pewności, że wszystko jednak będzie dobrze.

My ułożyliśmy się do snu w kawiarni na stacji benzynowej ku radości sprzedawczyni, która wreszcie mogła odejść od lady. Jej radość trwała krótko, bo już dwie godziny później pojawiła się wygłodniała dwudziestoosobowa wycieczka. A my zbudziliśmy się i wstaliśmy od stołu.

Trzy godziny zajęło nam łapanie stopa. Stukaliśmy w szybki tirów, wychodziliśmy na trasę. Wreszcie, zjawił się Andriej, który wiózł na lawecie rozbity samochód do Golicyna pod Moskwą. Ciekawe, że przez pierwsze dwa dni podróży spotkaliśmy dwóch imienników świętego Andrzeja, patrona podróżujących. Tradycyjne już pytanie:

– Po całej Europie bez wizy możecie, a wy w Mongoliu. – W głowie mu się nie mieściło. – To w Polsce aż tak źle, że jedziecie w Kitaje?

I jak tu wytłumaczyć, że źle może nie, ale że ja po potopie, że ja pies bezpański, że dziura w duszy, że i tak dalej? Jak mu to wyjaśnić, skoro mi się to ledwo udało to streścić w kilku wpisach, a i to po kilku podejściach i korektach wielu?

Nijak.

– W Polsce może i dobrze, ale nas tam teraz nie ma.

Andriej roześmiał się w głos.

A ja mówiłem serio.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *