Pan Złota Rączka i blizna jak order

Złoty Budda machał do mnie z wysoka. Byłbym mu zapewne odmachał, gdyby nie te jego przymrużone oczka i złośliwy uśmiech, który sprawiał, że podejrzewałem go o nieszczerość.

Poza tym ta jego kobieca rączka uniesiona, jakby chciał mnie zaraz pogłaskać przypomniała mi o tym, że wciąż jeszcze nie znalazłem tej męskiej, która zalepiłaby miejsce po Ewie (zob. Dziura wielkości Ewy).

– Zabierz pan tę rękę, panie Budda.

Ale on nalegał.

– A wsadź ją pan sobie…

– Co takiego? – zapytał Patrick, który siedział obok mnie na trawie i dłubał w bucie.

– Nic, nic – opamiętałem się. Najpierw Lenin i Czyngis, teraz Budda. Postanowiłem więcej nie gadać z posągami, a wsłuchać się w bliźnich. – O czym to my…?

– O poszukiwaniu męskości.

– Właśnie – powiedziałem, a Budda zabrał rączkę.
Czytaj dalej

Stalowy sen Czyngis-chana

W poszukiwaniu własnej tożsamości Mongolia sięga do swego najdawniejszego dziedzictwa, którego pamięć nie wypleniły ani bolszewicka edukacja, ani masowe mordy dokonane na arystokracji i duchowieństwie. Tym dziedzictwem jest imperium Czyngis-chana i tybetański buddyzm. Już sam ten wybór sygnalizuje kolejne rozdarcie mongolskiej duszy.

Nie da się przecież wszak pogodzić kultury koczowniczych wojowników oddających się gwałtom i szamańskim rytuałom z miłującymi pokój mnichami oddających się medytacjom. Sam buddyzm pojawił się przecież w imperium chanów dopiero w XVI wieku, kiedy mongolska potęga należała już do zamierzchłej przeszłości. Co trzeci Mongoł odwiesił wówczas łuk na kołek i zajął się koczownictwem duchowym.

Nie sam kierunek tych poszukiwań budzi jednak zdumienie, ale sposób, w jaki Mongołowie uaktualniają dziedzictwo wieków, obnażając po raz kolejny uwodzicielską siłę kłamstwa, realną moc nierealnych snów o potędze.
Czytaj dalej

Fajka Stalina

Genden Peldżidijn zaczynał swoją karierę jako kryminalista i koniokrad. Doskonale więc nadawał się na premiera bolszewickiej Mongolskiej Republiki Ludowej. Swego czasu miał powiedzieć:

– Na ziemi istnieje tylko dwóch prawdziwych geniuszy: Budda i Lenin.

Duet ów okazał się jednak nie do pogodzenia i kiedy Peldżidijn otrzymał rozkaz wymordowania stu tysięcy lamów celem wprowadzenia Mongolii w erę oświeconego ateizmu, musiał dokonać wyboru. Nie namyślał się przy tym zanadto.

W 1935 roku na przyjęciu w ambasadzie moskiewskiej Genden, w którego żyłach płynęła nie tylko krew Czyngis-chana, ale też całkiem spory promil alkoholu, wykrzyczał Stalinowi prosto w twarz:

– Ty cholerny Gruzinie!

Po czym połamał mu fajkę i kilka krzeseł. W tym akcie wandalizmu „lamaistycznego reakcjonisty” objawiłą się na jedną chwilę godność zdeptanego, zniszczonego i zmielonego ludu, który po dziś dzień wzdycha do utraconego dziedzictwa Wielkich Chanów.

Czytaj dalej

Pożegnanie z Rosją

Ściskając w ręku upragniony bilet do Ułan Bator i paszporty bez imigracyjnej karty, którą zgubili mongolscy urzędnicy, udaliśmy się na Plac Sowietów, na skos od ucha Lenina w kierunku opery, gdzie czekał już na nas autokar Wostok-Transu. Kierowca z wdziękiem przyrodzonym wszystkim ludziom sowieckim cisnął nasze walizki do bagażnika i z wielką troską wepchnął nas w maszinu.
Kiedy już się usadowiliśmy w przydzielonych fotelach, kierowca – wciąż wielce zatroskany o nasz los – wypchnął nas na zewnątrz i z niegasnącym wdziękiem wytaszczył nasze bagaże i cisnął je na ziemię. Na nasze pytania odpowiedział krótko:- Do drugiego, do drugiego.

Poczłapaliśmy więc raźno do drugiego autobusu. Jego kierowca przywitał nas równie uprzejmie, co poprzedni, z wdziękiem przyrodzonym wszystkim… i tak dalej. Usadowiliśmy się w przydzielonych fotelach, a z radia dobiegł nas rzewny głos Jurija Szatunowa:

Белые розы, белые розы – беззащитны шипы.
Что с ними сделал снег и морозы, лёд витрин голубых?

Biełyje rozy, biełyje rozy, biezzaszczitny szipy!
Szto s nimi sdiełał snieg i marozy, ljed witrin gałubych?

Białe róże, białe róże, bezbronne są kolce.
Co z nimi zrobiły śnieg i mrozy, lód witryn niebieskich?

Natychmiast przypomniałem sobie gdzie jestem. Uświadomiłem sobie też dokąd jadę i przełknąłem ślinę. Mongolia czekała. I choć nie mieliśmy kart imigracyjnych, a w uszach brzmiało słowo Gienodija: Straszno, miałem nadzieję, że uda nam się przekroczyć granicę. Był to wszak ostatni dzień naszej rosyjskiej wizy. Autobus obudził się z warkiem.
Buriacki Lenin nawet nie drgnął.- Z Panem Bogiem, panie Iljicz – powiedziałem.

A on aż brew uniósł.
Czytaj dalej

Lekcja zaufania w szkole dziedziców

Dom Polski „Nadzieja” prowadzony przez panią Marię Iwanowną i jej stowarzyszenie to szczególne miejsce. Od lat spotykają się tu kolejne pokolenia Polaków mieszkających w Buriacji. Na ścianie wiszą portrety Herberta, Jana Pawła II, Chopina, Matejki i Mickiewicza. W gablotkach stoją polskie książki. Tutaj dzieci uczą się języka polskiego, tutaj dorośli kultywują polskie tradycje. Dla niektórych Polska jest jedynie wyobrażeniem, dla innych rzewnym wspomnieniem, ale dla wszystkich jest obiektem dojmującej, nieutulonej tęsknoty.
Czytaj dalej

Potęga posępnego czerepu

Że w bój poprowadził krzywdzonych,
że trwałość zwycięstwu nadał,
dla nadchodzących epok
stawiając mocny fundament –
grób, w którym leży ten
nowego człowieczeństwa Adam,
wieńczony będzie kwiatami
z nieznanych dziś jeszcze planet.

Wisława Szymborska, „Lenin”

Bóg jest nieskończony. Niepojęty. Niezmierzony.

A jaki jest bóg stworzony ludzką ręką? Jak najbardziej zmierzony: osiem metrów wysokości i pięć szerokości. A to jedynie wymiary jego łba. Robi wrażenie?

Jak najbardziej. I to jak najgorsze.

Czytaj dalej